joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Psipadek? Nie sondze.

Pierwszy dzień, kiedy jestem po umowie, czyli pierwszy dzień bezrobocia, idę do roboty.

Idzie oddać krew.

Moment, w którym informuję o powyższym.

On też o swoim powyższym informuje.

Srsly, ta sama godzina.

Happens? Happens.

Ale, serio?

Przynajmniej na tyle wcześnie, że zdążam się totalnie zasmucić/zirytować i pogodzić z tą myślą.

Ale to tak bardzo niefajne. Tak bardzo.

W końcu pojedzie na urlop, i co?

Przeminie? Przepadnie? Przemyśli? Pozna?

I chuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuj.

Ja chcę.

Tylko, losie, daj mi szansę poza radarem. Like, seriously.

Bo żal mi dupę ściska, niepoetycko mówiąc.

mało ci było przeciwów?

ale za tak tyle!

nie bzduraj sobie, dziewczynko.

:bicz_pliz:

Nawet nie pamiętam poniedziałku i wtorku, co się działo.

Skupiałam się na wykonywaniu swojej pracy, mając na te trzy ostatnie dni dwa mikroplany.

Pierwszy – załatwić sobie koszulkę od D.

Drugi – pożegnać się w środę.

I o ile jest prawdopodobne, że koszulkę dostanę, o tyle pożegnania nie było.

Rozliczenie załatwiłam w dwie godzinki (wyrabiam się, nie ma co, na koniec), no i jak zawsze moment wyjścia przeciągałam maksymalnie. Zrobiłam porządek u siebie, coś tam T pomogłam, kartę zrobiłam… Byle do czwartej.

Czwarta. Tak bardzo już będzie mi się kojarzyć z Małym Księciem, że nawet przebija mi już chyba słynny „kapelusz”. Jakim cudem w ogóle przypomniał mi się ten fragment?

I nic.

Jestem trochę bledsza, trochę śpiąca. Trochę bardziej milcząca.

NIC.

Wyszłam w pół do piątej, upewniając się co do piątkowego zamknięcia sezonu; minęłam parking, zamgliły mi się oczy. Odetchnęłam i wróciłam się, udając, że tramwaj mi uciekł. Po kolejnym kwadransie niczego na fajce, stanęłam na przystanku.

To był Twój ostatni dzień, joaa. Nawet, jeśli tak się nie czułaś.

 

Wysłałam jeszcze C smsa, żeby z T zaprosili F na zamknięcie (bo diabli wiedzą, czy wie o zmianie planów). Pieprzyć to. Mówiłam jej, że ze mnie zeszło, nie, że przeszło. Nie wdawałam się w dyskusję na ten temat, bo i po co, ale takie są fakty.

W piątek wyglądałam normalnie ładnie. Tzn. Dżinsy, sweterek w paski, płaskie oxfordy, messy bun, nawet makijaż jak normalnie do pracy, z podkreślonymi oczami. No, tylko „kolia” na szyi była wieczorowata. Nie stroiłam się, bo nie wiedziałam, jak długo zostanę – jak będzie z kim, to długo, jak nie…

Wróciłam do domu chwilkę po północy.

Jak na zamknięcie sezonu, to z kas były… cztery osoby z około dziesięciu. Plus K. F też był. Coś z włosami zrobił był, wygląda trochę jak rekrut :D Na sobie miał to samo, co przed Wielkanocą i co na ostatniej popijawie (yes, I notice). Przez całą imprezę zamieniliśmy… dwa zdania, i to tylko dlatego, że nie dosłyszał to, co mówiłam, za pierwszym razem. Bądź co bądź po prawicy miał O, a po lewicy (no, nie bezpośrednio) K. Do tego towarzystwa należał oczywiście również i T, więc przyjście D powitałam z wielką ulgą – w końcu ona z tej całej bandy znała tylko mnie i T. Więc gadałyśmy we dwie, także wtedy, gdy F już wychodził (podniosłam wzrok i „zafalowałam” palcami) i obie ostatecznie wyszłyśmy.

Uch.

 

I… ja wiem, ja wiem.

Ale mimo wszystko głupio tak.

Znowu czułam się przez chwilę jak w wierszu Małgorzaty Hillar. It was so refreshing!

Naiwnie jeszcze myślę, że może to nie jest koniec. Cause it surely doesn’t feel like it.

And it didn’t at the game. And on the last day.

Środa.

T wyrzuca mnie szybciej do domu, przeciągam wyjście do 16 (z wiadomych powodów), coby ewentualnie na mieście z A się spiknąć (powód nr 2).

Dosłownie o 16 dzwoni mój telefon. Wice. Gada, gada, gada. Niestety. Trochę obuchem w głowę, ale po TAKIM czasie już raczej nie spodziewałam się niczego innego. Obuch to bardziej z tego, że this is it.

T wraca z góry, gada przez telefon i woła do mnie, bym jeszcze coś zrobiła.

*puk puk*

Faaaaab. To ja się tutaj staram trzymać fason i nie dać nic po sobie poznać, a ten tak tu wparowuje… No nic, i tak wychodzę.

Staję przy drzwiach ze sprawami „na szybko”, mamroczę, że T mógłby już kończyć, bo chcę wyjść, F na to, że on to jeszcze z półtorej godziny musi zostać, że tyle roboty.

T wreszcie odkłada słuchawkę, lecę do niego z biletami i półgłosem mówię mu, że rozmawiałam z wice i że nie. Nie ciągnę tematu, szybko żegnam się z resztą i uciekam po prezenty.

 

Czwartek.

Pół dnia na granicy łez, ale nie pękam. Podtrzymuję przymierze z M i P, bo bez tego ciężko byłoby mi w ogóle do kogo gębę otworzyć. Klub opierdalaczy zewnętrze ignoruje kompletnie. Myślę sobie, że jeszcze tylko trochę i trochę też na to leję. Si no quieres, no se verá obligado, whatevs.

Lecę na 14 do fryzjera, wracam po dwóch godzinach (godzina modelowania, borze!). Wchodzę do kas, witam się z wszystkimi, życzę F smacznego (a gdzie może być po 16, jak nie u nas?), otrzymuję „brawo” od PP, siadam do roboty, w której to niby miałam utonąć (mało było, szybko się obrobiłam). Siedzę i robię, a tu nagle z ust F jak nie „ładnie masz włosy zrobione”. Oczywiście dziękuję; temat leci dalej, że powinnam się cieszyć, bo zazwyczaj tego nie zauważa u kobiet, pytam, czy ma siostrę, ( nie ma), bo jak by miał, to by zauważał. Dalej mówi o tym, że ma brata… i już o nim naparza ;)

 

Piątek.

Wyemigrowałam do kuchni zjeść śniadanie i odpocząć od towarzystwa. Jak zawsze tylnym wejściem wpada F z prośbą o vipki. Dziewczyny (o dziwo!) mówią, że ja mu to muszę zrobić, bo one nie wiedzą. Akurat skończyłam jeść, wzięłam kubek z kawą do ręki, i dokładnie na wołanie F pokazuję się w drzwiach. Pyta, czy mam gdzieś tą karteczkę z poprzedniego meczu i czybym nie zrobiła mu tego samego zestawu. Mijam go i z opuszczoną lekko głową i uśmiechem odpowiadam „wiesz, że dla Ciebie wszystko” „bardzo miło mi to słyszeć…” „… oczywiście w granicach rozsądku”, zaczynam się śmiać. Nie omieszkał później mnie nie spapugować. Ach.

 

 

On naprawdę ubarwia mi te ostatnie chwile.

Borze, co będzie dalej?

Suddenly I feel so leave-y.

Ya’ll be able to realize when I’m gone?

Is deadline even an „answer”?

 

So you want a smart one.

Hello.

I need you to treat me like a real person.

Więc, jak już mówiłam, na sobotę zaplanowane zostało pomeczowe wyjście z alkoholem z okazji tydzień-wcześniejszych urodzin C. Ekipa z pracy… głównie.

W piąteczek(?) dotarły mnie słuchy o pewnych komplikacjach, które dodane do reakcji F, wywołały we mnie skierowanie wzroku w niebiosa i prośbę o przychylność siły wyższej.

W sobotę w robocie rozmawiamy o tym, w co się ubierzemy. Zapytana, dlaczego nie założę swej (dość) obcisłej sukienki, odpowiadam, zgodnie z prawdą, że chcę uniknąć oczywistości. (Nie tylko z uwagi na niego). Wybrałam top, woskowane spodnie (no dobra, tregginsy). Proste włosy (jako oznaka wystrojenia ^^), płaskie buty.

Do K. weszłam koło 20, nie wiem, jak długo oni już siedzieli.

Wzięłam piwo, usiadłam.

Siedzę, siedzę, siedzę.

Siedzę.

Próbuję wsłuchać się w jakąś rozmowę, dołączyć, ale nic takiego nie następuje.

Chryste.

Po jakimś, niezbyt długim czasie, dołącza do nas P z dziewczyną. Nareszcie następuje zawiązanie jakiejś rozmowy pomiędzy nim a F (który do tej pory, jako jedyny samiec, był w centrum uwagi piszczącego otoczenia), której mogę się przysłuchiwać, a nawet zadać jedno pytanie, dorzucić jedno zdanie.

K pyta C, czy ma fajkę. Nie, ona nie ma, ale ja mam. No, to idziemy. Po chwili dołączają O i C. Kończymy, K idzie; mówię O, że chcę jeszcze chwilę z C pogadać i też odchodzi. Szybko wracamy.

P jest już dobrze zrobiona. Niby niedługo ma pociąg, ale wuj wie, czy w takim stanie dotrze do domu.

Kończę trzecie i idziemy się poruszać. Po drodze skaczemy z K po fajki, które to odpala nam F.

Piwnica CdlM. Powietrze tam skończyło się chyba jeszcze przy mojej ostatniej tam wizycie (jakieś 5 lat temu), ale jest muzyka, jest parkiet, trwa jeszcze ostatnia część „nauki kroków”, więc dołączam z K i O do tłumu. Po dwóch minutach już mam partnera do tańca. „Nauka kroków” kończy się, tańczymy jakieś dwie piosenki, wracam do naszego stolika. Po chwili wracam na parkiet, tym razem już do kółeczka. Potrzebuję choć kropli picia. Wyjmuję F z ręki szklankę i biorę dwa łyki z bezczelnym uśmiechem. Próbuję go namówić na parkiet. „Raczej nie tańczę”. „Jakoś ci nie wierzę”, odchodzę.

Nie dalej jak 10 minut później tańczy z K.

Aha.

Wzruszam brwiami,

tańczę, tańczę, tańczę.

K pyta, czy jak będzie słaba piosenka wyjdziemy na fajkę. Pytam, czy ta jest wystarczająco słaba i momentalnie decyduję się zbierać do wyjścia. Przy stoliku siedzą C, M i F. Mówię C, że już uciekam, ściskam ją, przechodzę do F, mówię, że idę, ściskam, biorę torebkę i idziemy na świeże powietrze.

Odpalamy.

„A co tak czule pożegnałaś F?” „a mogę liczyć na dyskrecję? zresztą, pewnie i tak wiesz” „wiem” „no widzisz, a ktoś jeszcze nie wie?” „chyba tylko on, ale on nie odczytuje sygnałów”.

Ja już naprawdę zdążyłam zapomnieć, że cośtam kiedyś między nimi się kroiło, krajało czy tam miało ukroić. Dżizys. Pamięć selektywna to naprawdę DOBRA rzecz.

Rozmowa trwała dość krótko, bo przeszkodzili nam Włosi i już do końca drugiej fajki dotrzymali nam towarzystwa. Pożegnałam się i z nią, i poszłam na autobus, a gdy dotarłam na mieszkanie, od razu wyciągnęłam A na balkon.

Bo w gruncie rzeczy, to to wszystko coś zmienia. Taktykę? Zachowanie? (tak to ujmijmy) uczucia?

Zobaczymy?

 

P u niego spała (nie, nic się nie działo, jak już zdążyłam zostać powiadomiona).

W poniedziałek był tylko przelotem, jednym „cześć”.

A od tego poniedziałku to ja sama nie wiem, co będzie, tak w ogóle, i gdzie ja będę.

 

I nie, wiedza mi kompletnie nie przeszkadza. Sama wiedza nie jest bronią. To, co się z nią zrobi, jest.

Trochę oklapłam.

 

O ile wątek około „koszowy” był bardzo pozytywny, o tyle sobota nieco mnie przekłuła.

 

Zacznę od wątku „koszowego”.

 

W środę przed Świętami nagle na fejsie poobjawiały mi się terminy najbliższych meczów w O. Kosz nie jest moim „sport of choice”, ale czasem chce się gdzieś na coś wyjść, a dzień akurat mi odpowiadał, więc zawołałam do S czy się nie wybierzemy za tydzień podrzeć trochę ryja. Entuzjazm był, więc temat wylądował w skrzyneczce „oczekuje na realizację”. Siedzimy dalej, ja dalej na fejsie czy gdzieś, ona w drugim pomieszczeniu coś robi. Nagle woła: „hej, może F będzie mógł nam bilety załatwić!” (nadmienić muszę, że u nas się za kosza nie płaci; na kosza się chodzi także dlatego, bo dostajemy frytkowe wejściówki). Odkrzyknęłam, że spoko, będziemy dobijać interesów, jak wpadnie (no bo jak by miał nie wpaść?). Nadeszła godzina, że S zajęła się tym, po co w ów dzień tak naprawdę przyjechała, ja dalej kwitłam przy kompie (siedziałam dłużej na O. tylko po to, by nie szlajać się po mieście, bo byłam umówiona); oczywiście nastąpiło charakterystyczne pukanie do drzwi. F. Wykorzystujemy sytuację i przygważdżamy go pytaniami o bilety, obiecuje, że popyta, spróbuje. Tylko, żeby mu nazajutrz przypomnieć. Chwila rozmowy (chyba nawet w trzech osobach), dzwoni telefon kasowy. Zgrzytam zębami w myślach, odbieram i odchodzę na bok, żeby mi nie zagłuszali klienta. F po momencie podnosi się do wyjścia, S wraca do depo czy idzie do toalety, whatever, ja kontynuuję rozmowę. Nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, cofa się, zaczyna do mnie machać rękami i dopytywać się o dokładny termin meczu. Próbuję pokazać mu na migi, ale w swojej wielce-profesjonalnej-udzielanej-klientowi-pomocy przemowie się plączę, jakby mi momentalnie mózg z prądu odcięli. Ten to zauważa, uśmiecha się, dalej macha rękami, żywo sobie kpi. Próbuję zebrać myśli, przepraszam klienta, tłumaczę się hałasem wywołanym przez współpracowników i jakimś cudem załatwiam trzy sprawy naraz: informuję F, że mecz jest o dwudziestej, kontynuuję rozmowę przez telefon już bez zająknięcia i zamykam na śmiejącym się F nasze drzwi wewnętrzne. Klienta załatwiłam w  ciągu kolejnych 15sekund, po czym zrobiła się godzina mojego wyjścia, więc pożegnałam S i pognałam na tramwaj.

Do końca dnia gęba mi się śmiała, bo scena była komiczna. Ale też z powodu perspektywy „nazajutrzejszego” przypomnienia się.

W czwartek kręciłam się po kasach i depo, pakowałam bilety dla Z., rzucając T w przelocie, że potrzebuję numer do F, bo mam do niego sprawę. „Służbowy czy prywatny?”, „prywatny, bo sprawa prywatna”, „eeee, nie wiem, który jest który, masz jakiś„. No i mam. Skonstruowałam smsa przypominającego (wraz z odniesieniem do sytuacji dnia poprzedniego), wysłałam. W odpowiedzi cisza. Bardzo-bardzo się nie przejęłam, choć ciszę znoszę źle; racjonalizowałam raczej. Później wpadła na chwilę(?) S, mówi, że też pisała do niego (mikroalarm: sms czy fejs?), żeby się przypomnieć. Potem i on wpadł na moment, ale mówił, że dzisiaj jego człowieka nie było, więc nie dało rady. Spoko, spoko, mecz dopiero w środę, nie ma ciśnienia.

W piątek była ta „akcja” z życzeniami, po której we wtorek celowo włączyłam opcję „ignoruj”. Nie ruszyłam dupy, żeby mu podać bilety (o które jeszcze dopytywał, czy na pewno zrobiłam je dobrze, czy złośliwie), po dwóch minutach, odkąd wszedł, wstałam po książkę, w którą usiłowałam się zatopić, zęby zatapiając w kanapkę, której (jednej z, ofk) nie omieszkał mi ukraść, co skwitowałam tym, że żądam, aby w takim razie on nazajutrz dostarczył obiad, oczywiście własnoręcznie ugotowany, najlepiej jakąś swoją specjalność; i gdzieś na oparach jeszcze zapytałam, czy da radę te bilety załatwić. Powiedział, że niestety raczej nie, bo MS dalej nie ma; co powitałam zachwyconym niemal „ach, jak MS, przecież to najlepsza przyjaciółka T, to spokojnie zrzucimy to na T”, bez chamstwa, srsly. I wróciłam do czytania. A on na wyjściu ukradł mi jeszcze jedną kanapkę, mimo iż dostał przy tym po łapach oraz przypomniałam o obiedzie.

Polazł był, ledwo jego wspomnienie opadło jak kurz, podeszłam do T z prośbą o załatwienie biletów. T „memory-five”, szybka rozmowa, pięć minut później wraca z 4 biletami na środę i 4 na niedzielę. Dzwonię od razu do S z radosną wieścią.

W środę S niemal od progu wita mnie wiadomością, że jednak nie może, bo cośtam (nie będę się rozwodzić na ten temat). Hm. Szatanplan  ver.2.0 urodził mi się we łbie niemal od razu. Jak absolutnie zawsze, F wpadł na chwilę, żeby mu coś tam dodrukować (nic do jedzenia ‚dla niego’ nie miałam). Po wczorajszym „kalte Schulter” odtajałam, także dlatego, że przyszedł prosto do mnie, nie krążył. Realizuję zamówienie i mówię, że jak chce, mam dwa ekstra bilety na mecz (bo S nie może). Pyta, na jakie miejsca, „no właśnie całkiem niezłe, nie na samym dole”, weźmie. Po chwili: „też idziesz?” „tak, dla siebie też mam dwa”, (trochę mimochodem [dokładnych słów nie pamiętam]): „a z kim idziesz?” „z P [koleżanką]„.

[W międzyczasie sprawa S się sypła, znowu może. Mówię, że niestety bilety już oddałam F, więc cóż. W tym samym międzyczasie pojawia się na O. P, którą namawiam do wyjścia. Oczywiście po tym, jak się zgadza, wtajemniczam w cały plan :D]

Kilka godzin później znowu jest u nas, jęczy na swoje obolałe stawy (oczywiście doradzam gluko) i mówi, że chyba jednak nie da rady pójść. Po minie tylko może poznać, że mi się to nie podoba, bo słowem przecież nie wspomnę. Już niemal oddaje S te swoje bilety, ona już je niemal przyjmuje, już-już niemal znowu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, po czym on spogląda na zegarek i stwierdza, że chyba jednak obróci w te dwie godziny (dom-obiad-hala). Nie ośmielam się i tego komentować. Wychodzi, żegnając mnie „do wieczora”.

Spóźniłyśmy się na całą pierwszą kwartę, jednocześnie przegapiając najlepszą akcję meczu (czego nie omieszkał mi potem dwa razy wypominać), ale to nie miało znaczenia. Wziął ze sobą koleżankę (okrutnie stwierdzam, z typu „niezagrażających”), jak pączek w maśle w towarzystwie 3 kobiet, co? W trakcie meczu się nie gada raczej, i w żadnym wypadku mi to nie przeszkadzało, choć i tak wymieniliśmy nieco zdań, w tym (uwaga, będzie słitaśność) usiłował rzucić uwagę n/t siatki. Co prawda, lekko przekręcił fakty (naprostowałam, a jak, nie cierpię błędu w informacjach), ale aż miałam ochotę wyrazić jedno wielkie „awwwwww”. Tak czy inaczej, mecz został wygrany, skończył się, on rzucił „pa!” i poszli. Oczywiście w tłumie i tak szłyśmy najpierw za nimi, a potem zostawiłyśmy w tyle i skorzystałam z momentu, by szybko zapytać P o opinię. Troszkę ją skontrowałam (kwestia zaangażowania w mecz), bo to przynajmniej pokazuje tą passionate site, a pasja to jest coś, co naprawdę mi się podoba. Zanim skończyłam wywód, doszłyśmy do skrzyżowania, gdzie zobaczyłam, że zaraz podjedzie mój autobus, więc szybko się z P pożegnałam. Zanim jednak kierująca pomeczowym ruchem policja przepuściła samochody, przez pasy przebiegł jeszcze F z koleżanką. Tak, szli gdzieś za nami. W jakiej odległości i co było słychać – nie wiem, ale nie uważam, żeby to było jakieś straszne i złe, i okropne. Raczej rozbawiło mnie to.

 

Chyba też w środę w pracy padł temat soboty, po meczu. On się wstępnie zadeklarował na tak, ja wiedziałam, że też „powinnam” być, inni też wstępnie się określali.

Cholera, nie chce mi się teraz o tym pisać :D Next time ;)

Wiecie co, podejrzewam, że nie jestem targetem.

Dlaczego?

Nie ja otrzymuję komplementy dot. stroju, rzęs, „potrzebujesz porządnego faceta”, „uczynisz kogoś szczęśliwym”, postury, czegokolwiek, kurwa. Nawet, do chuja pana, nie dostałam od niego pośrednich czy bezpośrednich życzeń urodzinowych, a świąteczne właśnie pośrednio, przez nią. Ona urodzinowe dostała. Fejsem, krótkie „100:)”, ale dostała.

Green-eyed monster wychodzi ze mnie z każdym słowem, które on do niej kieruje, które ona przyjmuje co prawda bez większego komentarza, no ale. Halo, kurwa. Jestem niewidzialna, do cholery? Paskudna jak pierdolony bazyliszek? Czy kurwa co? Not good enough, A-fucking-GAIN?

Czy po prostu nie mam dla niego znaczenia? Kobieta bez znaczenia. Yes, Oscar, thank you for the term.

Głowa nie da mi spokoju. Znowu na wewnętrzny soundtrack wchodzi Little talks.

W czwartek zapowiedziałam się M, że wezmę w końcu nową torebkę do pracy. Nie ma co czekać do poniedziałku na O. z premierą, a co. Wiadomo – elegantsza torebka, nad strojem trzeba lekko pomyśleć. Stanęło na jegginsach, topie, koszuli, trampkowych balerinach (Izitony byłyby jeszcze wygodniejsze – no ale torebka!), do tego na szyję kolia, włosy rozpuszczone (żeby się nie powyginały jak ostatnio), oko lekko podkreślone. Z kuchni zgarnęłam fruktajl na drogę i wafle na później (nie będę ich przewozić do drugiego mieszkania, bez przesady!). Tym razem transport nie zawiódł, na miejscu byłam więc odpowiednio wcześnie.

Samotny poranek mijał niespiesznie, chrupiąc słonecznik przy nowych odcinkach seriali, pogryzając bułkę przy trzeciej Bridget Jones. Na chwilę wpadła S po pieniądze i z szybkimi ploteczkami z O. Dopiero na 14 miała przyjechać M. Telefon zadzwonił tuż po 13. M. „Podobno masz jechać na O., jak tylko przyjadę (…)”. Po rozmowie zerknęłam z ukosa na patrzące zdecydowanie figlarnie w moją stronę opakowanie wafelków. Ewidentnie spiskowały! Ale, pomna wiadomości z tego tygodnia od C, opanowałam się. Bo nie przychodził. Więc diabli wiedzą, czy akurat piątek wybierze na wizytę, czy pozostanie M.I.A. aż do poniedziałku (a może i dłużej…).

M w końcu dotarła, mi wyjątkowo prędko udało się dotrzeć na O., gdzie niemal od progu zanurzyłam się w objęcia listy tysiąca, do której to byłam tak bardzo konieczna. Przerwa na kawę, na wyjście z C na fajkę (dwa razy, bo raz po ploteczki, a drugi raz – jej M przyjechał). Ponoć T ją wypytywał, co to ja ostatnio o F go pytałam. Zamrugałam ze zdziwienia, bo akurat z radaru Radia Cz staram się wyjątkowo skrupulatnie usuwać. Na szczęście zbyła go byle czym. Ale i tak wydaje mi się, że wie. Bo co, to przypadek, że zawsze ożywiam się, kiedy on do nas przychodzi? Nie każdego widok mi to robi ;)

Po ploteczkach i fajeczkach powrót do pracy. Ajjjj, ciśnienie spada. Czwarta się zbliża. Będzie? Nie będzie? Ominie kasy, nawet wzrokiem? Próbuję tłuc tą listę, jęcząc dziewczynom, że mi słabiej i popijam kawę.

*puk puk*

Nie podnoszę głowy, nawet wzroku, tłukę dalej. Unoszę tylko kąciki ust.

Wita się przelotem, idzie do T, chwilę z nim gada. Ja wstaję, podchodzę do C, coś tam gadam, kręcę się, żeby tylko nie siedzieć, żeby mi nie uciekł :D Dostaję smsa od A. Sprawdzić jej wcześniejszy autobus. Na kompletnym autopilocie sprawdzam jej mpk, odpisuję. F wraca od T, pyta, czy mam może dziś wafelki. Uśmiecham się ciepło, mówię, żeby wyjął sobie z torebki; kolejny sms. Nie będzie mi grzebał, och, daj spokój, daję mu te spiskujące wafle do ręki. Otwiera, coś gada, ja zaczynam łapać, o co chodziło A, próbuję wygrzebać z pamięci adres www, przeklinam niezbyt chyba głośno, ale strofuje mnie, że za oknem są dzieci; no to nauczą się szybciej, przecież na boisku i tak już się chyba powiedziały, proszę, by na chwilę się zamknął, bo się nie mogę skoncentrować; przypominam sobie w końcu ten adres, ale dalej potykam się na stronie 5 razy, zanim daję jej to, o co prosiła. On znowu wraca do T, ja wracam do roboty. On wraca, coś gada o Lechii, dołączam do rozmowy, staję przy drugim końcu biurka, metr od niego. Opowiada o znajomych z Gdańska, co się działo za którymś razem, kiedy tu byli, czy on u nich, potem schodzi na swój trening, że o mały włos oka nie stracił wczoraj. Gada do mnie, ze mną. Co jakiś czas może i wtrąci się S czy C, ale to naprawdę rzadko. Myślę sobie, Boże, po co one tu są, tak bardzo chciałabym go przytulić, tak tęskniłam przez ten ponad tydzień, zwłaszcza te ostatni dni na M., zwłaszcza, gdy wyobrażałam sobie, że przyjeżdża przy okazji tej „inspekcji”, czy co to tam ma zrobić. Dzwoni do MK, który widać o nim zapomniał, a którego miał odwieźć do domu. Znowu wraca do T, ja znowu do pracy. Mówię, że tak właściwie, to to, co robimy, to lista takich trochę „dla niego” gabarytów, więc w sumie mógłby nam pomóc. Odpowiedź mnie zabija: „nie graj na moich uczuciach”. Z trybu automatycznego („Ironia i docinki”) przechodzę natychmiast do poważnego tonu. „Gdzieżbym śmiała”. Może nawet odwróciłam się do niego z tymi słowy, nie pamiętam, it’s all just a blur.

W każdym razie zapowiedział się, że w przyszłym tygodniu już nie będzie miał tyle pracy, co w tym (kogośtam zwolnili i duża część obowiązków spadła na niego), więc będzie nas odwiedzał częściej. Zapytał o swoją listę, ten temat też chwilę pociągnęłam.

Prawdę mówiąc, podejrzewam, że chronologia zdarzeń jest kompletnie zaburzona, ale liczą się same one. Że był, że gadał, że ze mną, że non stop wracał, że „nie graj na moich uczuciach” (naprawdę, prawie mnie to zmroziło), że kiedy wychodził, poprosił C o zamknięcie drzwi (wtf?! niemal ignorował ją przez te pół godziny, a potem zatrudnił na odźwierną; trochę funny ;)). A kiedy po przyjściu zauważył leżący koło C egzemplarz „Wiedzy i życia”, trochę z niej popompował, ale kiedy dałam mu do zrozumienia, że jest mój (egzemplarz, on jeszcze niestety nie; „jak chcesz, najnowszy numer zostawiłam na M.”), złośliwości nie było. Bo, kaman, czyja mogła to być gazeta, jak nie moja?

Anyway, w trakcie jego wizyty ciśnienie zdążyło mi podskoczyć (akurat dobry moment wybrała sobie S na to pytanie; „tak, teraz mi trochę lepiej”, z naciskiem na „teraz”), potem opaść (czego nie omieszkałam nie wyjęczeć; „napij się kawy”, „już mam za sobą dwie, teraz dobijam się już Colą, bo ile można?”), ale nastrój i ten durny uśmiech pozostał do końca dnia, wieczora i nawet nocy.

Skończywszy tyle, ile mogłam, do 18, pozamykałam się i wypadłam, na wyjściu jeszcze szepcząc do C, że chyba dzisiaj przesadziłam i że teraz to już chyba i S się domyśla. Stałam blisko niej, kiedy byłam ten metr od niego, widziałam, że spogląda z „tym rozbawieniem” w oku. T też jakby nam nie przeszkadzał, NIC nie komentował. Wyczuwam z jego strony aprobatę.

Nie chcę tylko, by S to info gdzieś dalej sprzedała, czy to G, czy to O, czy, nie daj borze, K. Ale liczę na to, że skoro jej w to słowami nie wtajemniczyłam, she’ll cut me some slack.

Póki co, świat jest pełen „może”. Pięknie.

what a fucked up world it is!

 

They don’t even ask about the motives.

They assume. Assume.

Yeah, cause you know best, don’t you?

Did it ever occure to you, that I actually meant good?

That I actually did it, because I thought it would hurt you less?

 

Nah. Better assume.


  • RSS