joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Nie kręć się, nie patrz, nie łaź.

Było nie zaczynać.

 

Jestem Holoubkiem z Pętli.

Tym razem Nowy Rok to dosłownie nowy początek.

Jaram się tymi tabletkami bardzo, bo faktycznie mogą być remedium, złotym środkiem i w ogóle „wszystkim”.

Liczę przede wszystkim na uspokojenie hormonów nie tylko na twarzy, ale też i w pozostałej części głowy. Kto wie, może to właśnie one są/były przyczyną wszystkiego? Jest to jakaś nadzieja, której się chwytam i ciekawam pierwszych efektów.

Everyday.

 

 

 

Czy *świąteczny_hug* z nim można uznać za jakiś postęp?

Czy fakt, że po świątecznym „monte” mocno, mocno krążył po okolicy, jest w jakiś sposób optymistycznie nastrajający?

Tak czy inaczej, zobaczymy po piątym (nie daj Boże, siódmym).

I, serio, dlaczego mam wrażenie, że jego też nie wszyscy (/niewiele osób) traktują like a real person?

Umowa przedłużona, zostaję  - przynajmniej wg tego, co podpisałam – na najbliższe trzy lata.

 

Jako osoba wiecznie przecież poszukująca uciechy, atencji i uczucia,  uśmiecham się, wyszukuję wzrokiem i pod każdym pretekstem kieruję swe kroki w stronę (lub chociaż okolice) biura Kolegi.

Minął ledwie tydzień, odkąd się dowiedziałam, że jest wolny. ALE. Ma swoje TopTwo. And I ain’t in it. Staram się za to utrzymać korzystne stosunki z nimi, kierując się starymi „życiowymi prawdami” z Cruel Intentions.

I choć wiem, że w walce bezpośredniej nie miałabym szans, jakoś nie powstrzymuje mnie to przed [2. akapitem]. Choć to wczorajsze oddanie ładowarki było wyjątkowo niezręczne z mojej strony. Serio, dwa słowa plus przekazanie „do rąk własnych”… nawet nie jestem w stanie powiedzieć, co mogło wyrażać moje spojrzenie, jaki uśmiech „nastawiłam”! Powinnam więcej się odzywać chyba. One z nim non stop trajkoczą, kiedy do nich przychodzi.

 

 

I jeszcze miałam dwa sny w tym tygodniu.

Pierwszy: wigilia pracownicza, ale jakby w wersji bardziej „prywatnej”. Siedzę(?) koło niego, gadamy z podtekstowymi spojrzeniami i uśmiechami. Ktoś go woła (jakiś facet chyba), on wstaje (ja z jakiegoś powodu też stoję) i kiedy mnie mija, objeżdża dłońmi moją talię i ramiona.

Drugi: jest przeziębiony (był w piątek; dlatego ominął nasze wyjście), ale po godzinach w biurze się nim zajmuję. Śmiejemy się, gadamy, leżymy na jakiejś półkanapie-półłóżku (coś może jak wielka płaska pufa). Atmosfera fajna, więc siadam nad nim – zero protestów – śmiejemy się dalej, po czym składam na jego ustach szybki pocałunek. Przerywa go, gęsto tłumacząc, dlaczego.

Budzik.

Ucisk w brzuchu i lekkie zawroty głowy, kiedy znowu tam jadę. Znowu o tej godzinie, żeby może serduszko nieco podskoczyło.

(droga Esko Rock, za dobrze wiesz, co mi puścić w tym momencie…)

No i kiedy już się zbieram do wyjścia, pojawia się, a mi znowu chwilowo resetuje się mózg.

Nie wiem, po co to robię, w końcu nie ma to najmniejszego sensu, może nawet od początku nie miało. A odwiedziny powodują jedynie zwiększone zachmurzenie i tęsknotę. Boże, jak tęsknię za wczesną wiosną…

 

Na koniec zawsze zostaje tylko żal.

Ale dziękuję za tego kopa. Był mi bardzo potrzebny.

Momentalnie wzrosła motywacja do rozsyłania cefałek.

Któregoś dnia przy gnijącej atmosferze wyjęczałam, by wreszcie zaczęli się do mnie odzywać… i dosłownie kilkanaście minut później odebrałam telefon zapraszający nazajutrz na interwju.

Dwa dni później był następny, potwierdzający przyjęcie mnie do pracy.

Czekając na A na przystanku pod stadionem ledwo powstrzymywałam łzy. Nieodwracalny, ostateczny, definitywny koniec. Ale i tak za długo to trwało.

Przemiłe były reakcje piłkarzy. Naprawdę było widać, że mnie lubili, a to zawsze dobrze wiedzieć.

Dziewczyny zorganizowały pożegnalne wyjście i prezenty. Ekipa była dokładnie taka, na jakiej mi zależało.

Pomijając fakt, że zaczęłam odczuwać powrót karmy sprzed roku.

 

Tydzień temu byłam na badaniach wstępnych. Ogólnie wszystko gra, tylko podczas ostatniego badania stetoskopem coś pani dr nie pasowało i zaleciła przyjrzenie się sprawie.

Problemy sercowe?

O, ironio!

Męczy mnie to.

Wiecie, jak to jest, być tą osobą, której zależy?

To ja.

Mi zależy.

Na tym, żeby było miło, bez konfliktów, czysto, nie niezręcznie, zrobione porządnie, do przodu, et cetera, et cetera.

Tylko, you see, mnie zależy.

A innym nierzadko nie, mają wyjebane.

I to jest tak piękne, że mają wyjebane, bo nie obchodzi ich, żeby było tak, jak ja lubię, jak mi zależy. I chuj, i robią po swojemu. Na mnie nie zważając.

And it makes me feel soooooooooo good. Jak przysłowiowa kobieta bez znaczenia. Jak nikt i nic. Panna nikt, ha. Nieszanowana, wykorzystywana, bo jej zależy, zróbmy z tego użytek. Serio. Skąd się to wzięło? Czy ja jestem niewystarczająco egoistyczna, czy inni zbyt? Czy dlatego, że w wirze pomagania w pracy przestałam dbać o szkołę? No ale dajcie spokój czy to naprawdę jest powód do tego, by kogoś traktować, jak kogoś mniejszego? Przez lata uważana za tą mądrą, inteligentną i rozważną, a teraz za nieudacznicę? Czy to naprawdę dziwne, że przez brak stabilizacji boję się? Że przez brak sukcesów na (nieraz cholernie) ważnych dla mnie polach, moja pewność siebie plasuje się na denerwująco niskim poziomie?

Że wciąż mam nadzieję, że ktoś zauważy, że mi zależy i nie wykorzysta tego?

Jedyny F-hajlajt w tym tygodniu to to, że pojawił się u nas na moment przed zebraniem zarządu czy czegośtam. W GARNITURZE. Madre and padre, the sprinkler was needed.

Zrobiłam minę dokładnie jak ci ludzie w programach typu makeover, kiedy widzą swojego bliskiego po przemianie, tak totalnie wylaszczonego. Japa na oścież.

Niestety zaangażował się w rozmowę nie-ze-mną, więc było podwójnie gorzko. Bo, obdarzona zbyt dobrą pamięcią do rozmów z Men of the Moment, przypomniałam sobie jego wizytę u nas przed Świętami.

 

I tylko śni mi się znów. Tylko po co?

 

Anyway, PMSuję aż „miło”. I naprawdę gdybym nie wiedziała, że to to, dawno już tonęłabym we łzach. Minęła moja tęcza, a teraz zazdroszczę komuś innemu, zastanawiając się, kiedy spadnie następny deszcz skąpany promieniami słońca.

Pustawo tak.

I schodzi po trochu, coraz bardziej.

I miss it.


  • RSS