Przez dwa tygodnie urlopu S wytrwale wypracowywałam sobie my way up the ladder. I to nieraz mimo niesprzyjających okoliczności – jak choćby ta akcja z przeprowadzką. Na trzeci dzień odpuściłam sobie, bo szkoda czasu.

A więc przypomniałam o zemście i myślę, że wykorzystałam ją całkiem nieźle, nie po prostu oblewając go wodą, a zaczynając od „masażu” kostką lodu po karku, a dopiero później wylewając mu za kołnierz.

Przy jakichś fajkach czarowałam i dawałam się czarować.

I wiecie co?

Przychodził. Praktycznie codziennie „coś” go wabiło do naszego pokoju na choćby krótką pogawędkę, najczęściej oczywiście z podtekstami.

W ostatni gorący piątek M chciała coś do jedzenia, ja miałam ochotę na lody, a potem mignęło mi w głowie, że może ja też jeszcze coś bym zjadła przed ślubem P, więc zapytałam czy mogę z nim pojechać. No i pojechaliśmy. Nie było to może najwspanialsze pół godziny naszego życia, ale spędziliśmy je sami… I znowu podteksty, i znowu propozycje, i przyznałam się do „strasznej chcicy ostatnio”, i znowu, znowu, znowu. Tak, Słoneczko, mam na Ciebie ochotę, ale nie będziemy się pieprzyć w magazynie ani w toalecie. Na pewno nie za pierwszym razem. Bo kurwa nie.

Wróciliśmy, chwilę popracowałam, i póki jeszcze E nie zabrała mi się za tworzenie fryzury na ślub, a już nie było części osób w biurze, poszłam do niego z kubkiem wody i pytaniem, czy idzie na dwór. ‚Tak, ale bez lania, bo po jedzeniu jest i…’ No dobra, no to fajka. Ale fajki zostawiłam u KaCie, która natychmiast zebrała się ze mną i obie już dołączyłyśmy do Sz na dole.

Fragment konwersacji:

Sz: dziewczyny, daleko jest do Białegostoku?

my: no, daleko

ja: a na chuj masz jechać do Białegostoku?

Sz: no właśnie, na chuj (uśmiech)

ja: o Ty! to mnie bajerujesz, a sobie do Białegostoku chcesz jechać? nie zgadzam się na to!

Chwilę później

Sz: ej, dziewczyny, zróbmy sobie trójkąt, zerżnijmy się!

Ka.Cie: no, zrobimy, ja, joaa i S, świetny pomysł!

(po chwili Sz uciekł do środka)

I muszę przyznać, że strasznie mnie to zirytowało. Tak, S wraca lada moment, jestem tego świadoma, wszyscy jesteśmy. Ale ja, kuźwa, tak ciężko pracowałam przez ten jej urlop, żeby cokolwiek ruszyć do przodu! I był postęp! W innej rozmowie, chyba czwartkowej, na fajce była mowa o hipotetycznej „blondynce” dla niego na przyszłość, a on na tą wizję odpowiedział, z lekkim smutkiem, ale ‚a na co mi blondynka..?’. I weźcie powiedzcie, że to nie jest postęp.

 

Ale we wtorek skończyło się rumakowanie. S wróciła, otrzymała od niego powitalną kartkę „witaj, S :)”, a mnie wróciła paranoja. Co będzie po moim urlopie? Czy w ogóle będzie co zbierać? Czy może jeszcze jest coś, jakaś maleńka szansa?

Ostatecznie w tym tygodniu też było dosłownie kilka spraw. W środę miałam lekki makijaż i czerwone usta. Usiadłyśmy z E na dworze, by obgadać pewną kwestię, dołączają do nas Ka.Cie, A i Sz. Niemal mu mowę odjęło. A jak już wróciło, to miał tylko bardzo, bardzo seksowne skojarzenia. Cóż, taki miał być efekt. Prosto i z klasą, ale seksownie w uj. Przy okazji zaznaczył, że ma wolny weekend i ‚kto go przygarnie?’, więc zgłosiłam się na ochotnika i po króciutkim omówieniu wizji… oczywiście spełzło na niczym. Tak, dzisiaj też poczynił pewne aluzje, ale to okrutne, robić mi to przed weekendem. Zwłaszcza dziś, i po takim tygodniu (wieczne niewyspanie, mikrokontuzja, gorszy humor przez powrót do rzeczywistości związany z powrotem S). Zwłaszcza, że jakąś godzinę później widzę, że wyciąga na dwór S (z J). Zwłaszcza, gdy patrzę dookoła, a tam „wszyscy” uśmiechnięci, przyklejeni do telefonu.

Podczas gdy mi teraz telefon służy naprawdę głównie do słuchania muzyki.

A ostatni taki uśmiech widział tydzień temu, gdy wysłałam Sz zdjęcie w wersji ogarnięto-ślubnej i na pytanie, co jest pod sukienką, odpisałam ‚trzeba było sprawdzić :)’, a od niego dostałam ‚:)’

I cóż z tego, skoro dobrze wiem, że naprawdę nie ma się co łudzić, bo gdy tylko złapie zwierzynę i ją rozszarpie (tak, chodzi o mnie), straci zainteresowanie? A ja znowu zostanę standardowo. Sama.