Czuję się oszukana.

Okej, nie staję na głowie, żeby wszyscy mnie polubili. Ale uśmiecham się do ludzi i lubię być lubiana albo przynajmniej, kiedy odczuwam takąż sympatię, jaką człowieka darzę. Gdy łażę po biurze i kogoś mijam, uśmiecham się, witam. I choć – prawdopodobnie – wiem kilka rzeczy na temat tej osoby, wciąż ma u mnie mój własny kredyt mojej własnej opinii i mojego własnego doświadczenia otwarty pod swoim imieniem i nazwiskiem.

I tego samego oczekuję. Doświadczenia, nie plotek, i otwartego konta pod moim nazwiskiem.

Tylko… co, kiedy nie znają mojego nazwiska?

O ile faktycznie udział brały osoby, z którymi nie spędzam czasu i może i są jakąś dość zamkniętą grupą, o tyle jest to w uj przykre. Ja ich znam wszystkich. I tego samego oczekuję.

Nie „a ciebie jakoś nie kojarzę, skąd ty jesteś?” mocno nietrzeźwego Krystiana na Wigilii.

Nie „kto to jest Joanna G??” grupy wyżej.

 

I znowu mały głos, że CAŁY tamten pokój nie wiedziałby.

Że o ile otrzymuję jakieś pomniejsze dowody sympatii(?), o tyle są one a. zagrywką w celu wbudzenia zazdrości, b. czystą uprzejmością, c. próbą wypełnienia przestrzeni. A przy całej reszcie jestem ledwie pyłkiem. Czy w ogóle należy mi się jakaś uwaga?