joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 6.2014

Jedyny F-hajlajt w tym tygodniu to to, że pojawił się u nas na moment przed zebraniem zarządu czy czegośtam. W GARNITURZE. Madre and padre, the sprinkler was needed.

Zrobiłam minę dokładnie jak ci ludzie w programach typu makeover, kiedy widzą swojego bliskiego po przemianie, tak totalnie wylaszczonego. Japa na oścież.

Niestety zaangażował się w rozmowę nie-ze-mną, więc było podwójnie gorzko. Bo, obdarzona zbyt dobrą pamięcią do rozmów z Men of the Moment, przypomniałam sobie jego wizytę u nas przed Świętami.

 

I tylko śni mi się znów. Tylko po co?

 

Anyway, PMSuję aż „miło”. I naprawdę gdybym nie wiedziała, że to to, dawno już tonęłabym we łzach. Minęła moja tęcza, a teraz zazdroszczę komuś innemu, zastanawiając się, kiedy spadnie następny deszcz skąpany promieniami słońca.

Pustawo tak.

I schodzi po trochu, coraz bardziej.

I miss it.

Psipadek? Nie sondze.

Pierwszy dzień, kiedy jestem po umowie, czyli pierwszy dzień bezrobocia, idę do roboty.

Idzie oddać krew.

Moment, w którym informuję o powyższym.

On też o swoim powyższym informuje.

Srsly, ta sama godzina.

Happens? Happens.

Ale, serio?

Przynajmniej na tyle wcześnie, że zdążam się totalnie zasmucić/zirytować i pogodzić z tą myślą.

Ale to tak bardzo niefajne. Tak bardzo.

W końcu pojedzie na urlop, i co?

Przeminie? Przepadnie? Przemyśli? Pozna?

I chuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuj.

Ja chcę.

Tylko, losie, daj mi szansę poza radarem. Like, seriously.

Bo żal mi dupę ściska, niepoetycko mówiąc.

mało ci było przeciwów?

ale za tak tyle!

nie bzduraj sobie, dziewczynko.

:bicz_pliz:

Nawet nie pamiętam poniedziałku i wtorku, co się działo.

Skupiałam się na wykonywaniu swojej pracy, mając na te trzy ostatnie dni dwa mikroplany.

Pierwszy – załatwić sobie koszulkę od D.

Drugi – pożegnać się w środę.

I o ile jest prawdopodobne, że koszulkę dostanę, o tyle pożegnania nie było.

Rozliczenie załatwiłam w dwie godzinki (wyrabiam się, nie ma co, na koniec), no i jak zawsze moment wyjścia przeciągałam maksymalnie. Zrobiłam porządek u siebie, coś tam T pomogłam, kartę zrobiłam… Byle do czwartej.

Czwarta. Tak bardzo już będzie mi się kojarzyć z Małym Księciem, że nawet przebija mi już chyba słynny „kapelusz”. Jakim cudem w ogóle przypomniał mi się ten fragment?

I nic.

Jestem trochę bledsza, trochę śpiąca. Trochę bardziej milcząca.

NIC.

Wyszłam w pół do piątej, upewniając się co do piątkowego zamknięcia sezonu; minęłam parking, zamgliły mi się oczy. Odetchnęłam i wróciłam się, udając, że tramwaj mi uciekł. Po kolejnym kwadransie niczego na fajce, stanęłam na przystanku.

To był Twój ostatni dzień, joaa. Nawet, jeśli tak się nie czułaś.

 

Wysłałam jeszcze C smsa, żeby z T zaprosili F na zamknięcie (bo diabli wiedzą, czy wie o zmianie planów). Pieprzyć to. Mówiłam jej, że ze mnie zeszło, nie, że przeszło. Nie wdawałam się w dyskusję na ten temat, bo i po co, ale takie są fakty.

W piątek wyglądałam normalnie ładnie. Tzn. Dżinsy, sweterek w paski, płaskie oxfordy, messy bun, nawet makijaż jak normalnie do pracy, z podkreślonymi oczami. No, tylko „kolia” na szyi była wieczorowata. Nie stroiłam się, bo nie wiedziałam, jak długo zostanę – jak będzie z kim, to długo, jak nie…

Wróciłam do domu chwilkę po północy.

Jak na zamknięcie sezonu, to z kas były… cztery osoby z około dziesięciu. Plus K. F też był. Coś z włosami zrobił był, wygląda trochę jak rekrut :D Na sobie miał to samo, co przed Wielkanocą i co na ostatniej popijawie (yes, I notice). Przez całą imprezę zamieniliśmy… dwa zdania, i to tylko dlatego, że nie dosłyszał to, co mówiłam, za pierwszym razem. Bądź co bądź po prawicy miał O, a po lewicy (no, nie bezpośrednio) K. Do tego towarzystwa należał oczywiście również i T, więc przyjście D powitałam z wielką ulgą – w końcu ona z tej całej bandy znała tylko mnie i T. Więc gadałyśmy we dwie, także wtedy, gdy F już wychodził (podniosłam wzrok i „zafalowałam” palcami) i obie ostatecznie wyszłyśmy.

Uch.

 

I… ja wiem, ja wiem.

Ale mimo wszystko głupio tak.

Znowu czułam się przez chwilę jak w wierszu Małgorzaty Hillar. It was so refreshing!

Naiwnie jeszcze myślę, że może to nie jest koniec. Cause it surely doesn’t feel like it.

And it didn’t at the game. And on the last day.


  • RSS