joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 5.2014

Środa.

T wyrzuca mnie szybciej do domu, przeciągam wyjście do 16 (z wiadomych powodów), coby ewentualnie na mieście z A się spiknąć (powód nr 2).

Dosłownie o 16 dzwoni mój telefon. Wice. Gada, gada, gada. Niestety. Trochę obuchem w głowę, ale po TAKIM czasie już raczej nie spodziewałam się niczego innego. Obuch to bardziej z tego, że this is it.

T wraca z góry, gada przez telefon i woła do mnie, bym jeszcze coś zrobiła.

*puk puk*

Faaaaab. To ja się tutaj staram trzymać fason i nie dać nic po sobie poznać, a ten tak tu wparowuje… No nic, i tak wychodzę.

Staję przy drzwiach ze sprawami „na szybko”, mamroczę, że T mógłby już kończyć, bo chcę wyjść, F na to, że on to jeszcze z półtorej godziny musi zostać, że tyle roboty.

T wreszcie odkłada słuchawkę, lecę do niego z biletami i półgłosem mówię mu, że rozmawiałam z wice i że nie. Nie ciągnę tematu, szybko żegnam się z resztą i uciekam po prezenty.

 

Czwartek.

Pół dnia na granicy łez, ale nie pękam. Podtrzymuję przymierze z M i P, bo bez tego ciężko byłoby mi w ogóle do kogo gębę otworzyć. Klub opierdalaczy zewnętrze ignoruje kompletnie. Myślę sobie, że jeszcze tylko trochę i trochę też na to leję. Si no quieres, no se verá obligado, whatevs.

Lecę na 14 do fryzjera, wracam po dwóch godzinach (godzina modelowania, borze!). Wchodzę do kas, witam się z wszystkimi, życzę F smacznego (a gdzie może być po 16, jak nie u nas?), otrzymuję „brawo” od PP, siadam do roboty, w której to niby miałam utonąć (mało było, szybko się obrobiłam). Siedzę i robię, a tu nagle z ust F jak nie „ładnie masz włosy zrobione”. Oczywiście dziękuję; temat leci dalej, że powinnam się cieszyć, bo zazwyczaj tego nie zauważa u kobiet, pytam, czy ma siostrę, ( nie ma), bo jak by miał, to by zauważał. Dalej mówi o tym, że ma brata… i już o nim naparza ;)

 

Piątek.

Wyemigrowałam do kuchni zjeść śniadanie i odpocząć od towarzystwa. Jak zawsze tylnym wejściem wpada F z prośbą o vipki. Dziewczyny (o dziwo!) mówią, że ja mu to muszę zrobić, bo one nie wiedzą. Akurat skończyłam jeść, wzięłam kubek z kawą do ręki, i dokładnie na wołanie F pokazuję się w drzwiach. Pyta, czy mam gdzieś tą karteczkę z poprzedniego meczu i czybym nie zrobiła mu tego samego zestawu. Mijam go i z opuszczoną lekko głową i uśmiechem odpowiadam „wiesz, że dla Ciebie wszystko” „bardzo miło mi to słyszeć…” „… oczywiście w granicach rozsądku”, zaczynam się śmiać. Nie omieszkał później mnie nie spapugować. Ach.

 

 

On naprawdę ubarwia mi te ostatnie chwile.

Borze, co będzie dalej?

Suddenly I feel so leave-y.

Ya’ll be able to realize when I’m gone?

Is deadline even an „answer”?

 

So you want a smart one.

Hello.

I need you to treat me like a real person.

Więc, jak już mówiłam, na sobotę zaplanowane zostało pomeczowe wyjście z alkoholem z okazji tydzień-wcześniejszych urodzin C. Ekipa z pracy… głównie.

W piąteczek(?) dotarły mnie słuchy o pewnych komplikacjach, które dodane do reakcji F, wywołały we mnie skierowanie wzroku w niebiosa i prośbę o przychylność siły wyższej.

W sobotę w robocie rozmawiamy o tym, w co się ubierzemy. Zapytana, dlaczego nie założę swej (dość) obcisłej sukienki, odpowiadam, zgodnie z prawdą, że chcę uniknąć oczywistości. (Nie tylko z uwagi na niego). Wybrałam top, woskowane spodnie (no dobra, tregginsy). Proste włosy (jako oznaka wystrojenia ^^), płaskie buty.

Do K. weszłam koło 20, nie wiem, jak długo oni już siedzieli.

Wzięłam piwo, usiadłam.

Siedzę, siedzę, siedzę.

Siedzę.

Próbuję wsłuchać się w jakąś rozmowę, dołączyć, ale nic takiego nie następuje.

Chryste.

Po jakimś, niezbyt długim czasie, dołącza do nas P z dziewczyną. Nareszcie następuje zawiązanie jakiejś rozmowy pomiędzy nim a F (który do tej pory, jako jedyny samiec, był w centrum uwagi piszczącego otoczenia), której mogę się przysłuchiwać, a nawet zadać jedno pytanie, dorzucić jedno zdanie.

K pyta C, czy ma fajkę. Nie, ona nie ma, ale ja mam. No, to idziemy. Po chwili dołączają O i C. Kończymy, K idzie; mówię O, że chcę jeszcze chwilę z C pogadać i też odchodzi. Szybko wracamy.

P jest już dobrze zrobiona. Niby niedługo ma pociąg, ale wuj wie, czy w takim stanie dotrze do domu.

Kończę trzecie i idziemy się poruszać. Po drodze skaczemy z K po fajki, które to odpala nam F.

Piwnica CdlM. Powietrze tam skończyło się chyba jeszcze przy mojej ostatniej tam wizycie (jakieś 5 lat temu), ale jest muzyka, jest parkiet, trwa jeszcze ostatnia część „nauki kroków”, więc dołączam z K i O do tłumu. Po dwóch minutach już mam partnera do tańca. „Nauka kroków” kończy się, tańczymy jakieś dwie piosenki, wracam do naszego stolika. Po chwili wracam na parkiet, tym razem już do kółeczka. Potrzebuję choć kropli picia. Wyjmuję F z ręki szklankę i biorę dwa łyki z bezczelnym uśmiechem. Próbuję go namówić na parkiet. „Raczej nie tańczę”. „Jakoś ci nie wierzę”, odchodzę.

Nie dalej jak 10 minut później tańczy z K.

Aha.

Wzruszam brwiami,

tańczę, tańczę, tańczę.

K pyta, czy jak będzie słaba piosenka wyjdziemy na fajkę. Pytam, czy ta jest wystarczająco słaba i momentalnie decyduję się zbierać do wyjścia. Przy stoliku siedzą C, M i F. Mówię C, że już uciekam, ściskam ją, przechodzę do F, mówię, że idę, ściskam, biorę torebkę i idziemy na świeże powietrze.

Odpalamy.

„A co tak czule pożegnałaś F?” „a mogę liczyć na dyskrecję? zresztą, pewnie i tak wiesz” „wiem” „no widzisz, a ktoś jeszcze nie wie?” „chyba tylko on, ale on nie odczytuje sygnałów”.

Ja już naprawdę zdążyłam zapomnieć, że cośtam kiedyś między nimi się kroiło, krajało czy tam miało ukroić. Dżizys. Pamięć selektywna to naprawdę DOBRA rzecz.

Rozmowa trwała dość krótko, bo przeszkodzili nam Włosi i już do końca drugiej fajki dotrzymali nam towarzystwa. Pożegnałam się i z nią, i poszłam na autobus, a gdy dotarłam na mieszkanie, od razu wyciągnęłam A na balkon.

Bo w gruncie rzeczy, to to wszystko coś zmienia. Taktykę? Zachowanie? (tak to ujmijmy) uczucia?

Zobaczymy?

 

P u niego spała (nie, nic się nie działo, jak już zdążyłam zostać powiadomiona).

W poniedziałek był tylko przelotem, jednym „cześć”.

A od tego poniedziałku to ja sama nie wiem, co będzie, tak w ogóle, i gdzie ja będę.

 

I nie, wiedza mi kompletnie nie przeszkadza. Sama wiedza nie jest bronią. To, co się z nią zrobi, jest.


  • RSS