Dużo łatwiej jednak jest „lubić” kogoś na odległość. Najlepiej znaczną i kogoś, kto nie ma o Tobie pojęcia.
Ani trochę to nie ujmuje wyobraźni, a ilu ujmuje kłopotów. Oczy mogą pobłyskiwać, ciało lgnie do kogoś, roczulający uśmiech się pojawia i nie ma nawet najmniejszego zagrożenia, że zdradzi, powie coś przykrego, nie będzie miał czasu, kiedy go muszę zobaczyć.
Wreszcie – nie będzie tu, kiedy nie powinien mi zawracać głowy i – nie szukam w nim niczego, co mogłoby spowodować odwrót.
W wyobraźni nie boję się, że w łóżku nie będzie dobrze, że zajdę w ciążę, że jego przyjaciele mnie nie polubią, rodzina nie pokocha.
Nie ma też szans na to, by coś się popsuło, coś poszło nie tak – przecież jesteśmy dla siebie stworzeni.
Prawda, jakie to łatwe?

Bo ja zawsze znajduję coś, co mnie od kogoś odrzuca. Potraktujemy to jako kategorię „lęk przed zaangażowaniem” czy „powierzchowność”?