I tak oto ostatni mecz tych wakacji minął, a wraz z nim – prawdopodobnie – codzienna, regularna praca oraz i same wakacje. Zostały co prawda te dwa tygodnie, ale to przecież nic. Tydzień temu też kończyły mi się dwa wolne tygodnie, podczas których… hmm… byłam u Babci. Dwa dni. Tak samo przeciekną przez palce następne doby, aż w końcu pojadę na uczelnię ogarnąć to, czego nie chciałam ruszać przez poprzednie dwa miesiące. Ostatecznego zamknięcia sprawy i podjęcia deyczji. Odkąd muszę podjąć ją sama, bez większych konsultacji, wyjątkowo dobrze wisi mi się w powietrzu.

Wiszenie nie jest już tak dobre w innej kwestii. Mama chodzi, do kogo może, pyta, radzi się, co robić, jakie tak naprawdę są możliwości. W głowie mi się nie mieści, żeby na teren wpuścić kogoś obcego, bez walki do krwi, gryzienia i drapania. Bez względu na to, jak niewielki udział ma w tym wszystkim. Bo, cholera, nie oddam tego, co mi się należy. Nie należy do mnie, ale należy się mnie. I tak wystarczająco nienormalnie jest.

Ten tydzień pracy był bardzo nieprzyjemny. Czepianie się o słówka, o wyraz twarzy (! bo z natury jestem człowiekiem pogodnym i uśmiechniętym), mnóstwo napięć i kwestia, która najbardziej mnie denerwuje – odpowiedzialność. Ponoszenie konsekwencji za sytuację, której sama sobie nie stworzyłam, bo akurat tu nie mam sobie nic do zarzucenia.
Muszę się wreszcie wybrać do Gwardii. Jeśli mam się denerwować za takie rzeczy, to niech chociaż dotyczy to czego, co faktycznie lubię, i gdzie nie grozi mi trafienie butelką w przypływie niezadowolenia tłumu skretyniałych małp.


Angels with dirty faces; Three; Taller in more ways Sugababes, Songs about Jane Maroon 5