Jakoś tak to jest, że natłok czyichś problemów koszmarnie mnie denerwuje. Natłok własnych – śmieszy. Zawsze wydają się tak małe i nieznaczące, że aż komiczne.
Ostatnim mym problemem wcale nie jest matura. Au contraire. Jak na razie idzie nieźle. Polskiego nie sprawdzałam, na angielskim w teście zgubiłam 3,5 pkta, z niemieckiego powinnam mieć za całość jakiegoś maxa. (Bo i wstyd byłoby mieć mniej niż na próbnej). Dalej będzie pod górkę, ale tak czy siak, to Ma się za mnie stresuje, więc ja już nie muszę.
Jakoś tak ludzie we mnie mało wierzą. A to niefajnie, bo kiedy ja zapadam na zwątpienie, to kto mi zostaje? Nie, nienienienie. Nie to. „Niewiara” ta polega na „nadwiarze” w siebie, gust własny, jedynie słuszny. O. W tym tygodniu spotkałam się z tym dwukrotnie i za żadnym z nich miło nie było. Czy to chodzi o muzykę, czy o poziom. Właściwie to powinieneś mi zazdrościć. Mam ten luksus, że MOGĘ zdawać podstawę, a i tak dostanę się na wymarzone studia. Nie ma znaczenia tutaj fakt, że na PWr przyjmują z otwartymi ramionami. Mogłabym iść wszędzie. Mam to szczęście, że jestem uzdolniona wielokierunkowo. Języki nie są mi obce, a matematyka i chemia to nie jest dla mnie bełkot cyferek i wzorów. Itd.
Nie czuję się gorsza, naprawdę nie mam powodów.

Objadam się troszkę. Ma mówi, że „potrzebuję, bo się uczę” i takie tam. Mam nadzieję, że to faktycznie absolutnie przejściowe. Przecież zacznę ćwiczyć dopiero jak ostatecznie wyleczę pomaturalnego kaca (nie ma co się oszukiwać, że zacznę wcześniej).

Wieczory robią się b.b. ciepłe. Muszę narwać sobie bzu i wciągać, wciągać, wciągać. Przydałoby się zrobić plany na „po 19-tym”. Znaleźć pracę.
A potem już tylko żyć.

(klasycznie już) Amy Winehouse Just friends, Duffy Distant dreamer, Amerie Take control i Kylie Minogue In your eyes