Tak, tak. Studniówka.
Dużo dużo złości i smutku. Dwie osoby mnie rozczarowały, ale ich strata.
Podobno wyglądałam świetnie we fryzjersko-prostych włosach. Ha, powielać często nie będę – studniówka powinna mieć pierwiastek niezwykłości, czyż nie?
(Kolejne z nich to chwilowy brak prądu oraz zatłoczony, przestany polonez… soooo XIII!).
„Z kim w końcu byłaś?”, „nie mogę uwierzyć, że taka dziewczyna jak ty przyszła na studniówkę sama!”, „idziesz sama? czemu?”.
Bo kurwa tak. Zabawa nie kojarzy mi się z ciągłym zapytywaniem partnera, czy dobrze się bawi, dlaczego nie idzie na parkiet i wysłuchiwaniem marudzenia, że zimno, jedzenie niedobre i że alkoholu za mało, bo nie wziął.
Chciałam iść na parkiet – stolik dalej ludzie też chcieli! Wystarczyło wziąć za rękę i wyciągnąć. Serotonina od razu rosła.
Malała, gdy z dozą masochizmu wpatrywałam się w inne stoliki.
Zmarnowałam jedną propozycję tańca od całkiem-niezłego chłopaka, ale wszystko mi już odpadało. Poza tym, pewnie był to rodzaj kim-ty-jesteś? dnia następnego.

W każdym razie, znowu highway. Horyzont czysty. Czekam na powiew wiatru.
(Ach, poezja)
Daj mi ognia. Czas w końcu to spalić.