I znowu wycieczka klasowa.
Po tym, jak – w tygodniu ją poprzedzającym – uświadomiłam sobie, że będę musiała mieszkać w pokoju sama (a także z kilku innych powodów), humor miałam paskudny. Narzekałam i marudziłam, i w ogóle byłam nie do zniesienia. Jedyne, co miałam w głowie na temat wyjazdu to to, że liceum to moja social disaster.
I nagle ludzie zrobili się milsi.
Zupełnie, jakby nagle zaczęło im zależeć na moim towarzystwie.
Ciekawa byłam tylko, jak będą się zachowywać, kiedy zorientują się, że „mieszkam” sama.
Jedne dziewczyny powiedziały, że jak chcę, to mogę przenieść się do nich. I tyle.
Ale ja potrafię sobie poradzić.
W swoim pokoju siedziałam tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Poza tym – jak zawsze – gdzieś, gdzie się dzieje.
A działo się niemało.

Nadarzyła się okazja powtórki tego, czego chciałam. Tym razem skorzystałam. Bo obiecałam sobie, że jeśli tylko znowu się nadarzy, I’m in.
Co było potem? Wszyscy mnie szukali, a ja skakałam po balkonach.
A potem – wraz z innymi – zdradziłam swoją chyba największą tajemnicę, o której – w klasie – wiedziała tylko jedna osoba. I nie był to on, bo nie chciałam, żeby o tym wiedział.
Byli bardzo zdziwieni, a ja odczuwałam satysfakcję. Zobaczymy, czy „nagle nabiorą do mnie szacunku”.
W końcu kto mógłby się spodziewać, że jednak „się nie dałam”, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywałyby inaczej, nie?

Ach, J, przepraszam. Miałam do ciebie „zadzwonić, kiedy będę się z kimś całować”… Cholera, dlaczego traktujesz mnie jak idiotkę?

♪ Club des belugas Hip hip chin chin