joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 7.2006

W Ustce było świetnie.
Pokój dzieliłam z J. Kłóciłyśmy się codziennie o wszystko, jadłyśmy śniadanie w okularach przeciwsłonecznych i chowałyśmy Żubry za rogiem (łóżek). Przez dwie noce spała u nas również A, co jeszcze wzmogło poziom zanieczyszczenia w pokoju – stołu i podłogi ;)
Dzień zaczynał się około 11, kiedy to J wyrzucała nas z łóżek. Na plażę wpadałyśmy zazwyczaj około 13, po drodze mijając dziesiątki oglądających się za nami (i nie tylko) mężczyzn.
Wieczorami wychodziłyśmy się zabawić. I poznawać ludzi. A to jakichś chłopców z capoeiry (także Brazylijczyków), jakiegoś skrzypka, menadżera od „pączków-jagodzianek-paluchóóóóów” i „słodkich orzeszkóóóóóów”, warszawiaków, z którymi dyskutowałyśmy o wyższości Wrocławia nad stolicą oraz Pana Prowadzącego imprezę „Redd’s na fali”, który powyższe słowa wypowiedział ponad 60 razy w ciągu dwóch i pół godziny.
Zaliczyłyśmy wszystko, co nad morzem zrobić należy: zachód słońca, wschód słońca (co prawda bez słońca, bo mgła była – ale i tak się liczy; za to z moim sukcesem w dziedzinie otwieractwa), kąpiel w morzu w nocy (a później łażenie po mieście z morzem na tyłku) i oczywiście, imprezy na plaży ;)
Z powodu niebotycznego wręcz powodzenia, nasze ego urosło do rozmiarów ogromnych. Oczywiście, nie na serio – w przeciwnym wypadku byłybyśmy zarozumiałe jak cholera. (Jednak ciąg dalszy tamtego powodzenia nastąpił i we Wrocławiu – co prawda, już nie w skali tych ~90% , ale też nie przesadnie małej ;))
Morze było cudownie chłodne, a słoneczko grzało niemiłosiernie, w związku z tym opaliłam się pięknie.
Śpiewałyśmy wieczorami na plaży piosenki Myslovitz’ów, na wschodzie darłyśmy się w morzu i w budce ratowników, a na środku promenady krzyczałam z pasją do wyłączonego telefonu, który trzymałam w ręce: „spierdalaj!! stęskniłeś się w końcu, czy co?! nie mam telefonu przy sobie, zostawiłam go w domu! spierdalaj!!”. I kupiłam sobie turkusowe koraliki. Dwa razy. (Jedne wylądowały na dnie morza).

A po powrocie do miasta…
Byłam na „Piratach” part two, chlapałam się wodą z fontanny w Rynku i na wpół mokra szłam z A i A do Tropicany.

Możecie mi tylko zazdrościć.
:P

Wróciłam dzisiaj od dziadków. Brak zrozumienia dla innego trybu życia (obustronny), nieustanne monologi na temat II W.Ś. i tego, co było potem oraz zdziwienie, gdy przyznałam, że w tych mistrzostwach kibicuję Niemcom. I dyskusje nad moją i kuzynki przyszłością. (Bądź co bądź obie mamy już 17 lat i powinnyśmy już od dawna mieć wszystko zaplanowane.) I to narzekanie… Cieszę się, że nie muszę tego przeżywać na co dzień.

Pierwsze dni lata… Mmm. Dużo wyjść – a to klub, a to pub, albo gril, albo kino. Późne wstawanie (bo: spać-nie-mogę), nicnierobienie, wychodzenie, wieczorne meczowanie i kolejne, tym razem nocne nicnierobienie (bo: zasnąć-się-nie-da). A „Lolitę” jednak ciężko ruszyć. Motywacja mi ginie. Do wszystkiego ;)
Zaniepokojona tymi trudnościami z zasypianiem i spaniem, zabrałam lustro z pokoju. To ma coś do czynienia z „ciałem astralnym”, czy jak-go-zwał. W każdym razie pomogło.

W niedzielę około 21 – pociąg do Ustki. Ja, A i J . Będzie się działo ;)

Znowu mogę znaleźć się „na językach”. Czy właśnie tego chciałam? Cholera wie.

Miało być ładnie i długo, ale nie wyszło. Trudno. Może innym razem.

♪ w dalszym ciągu zakochuję się w twórczości panów z Mysłowic: Szklany człowiek, Myszy i ludzie, Gdzieś
ale ogólnie rzecz biorąc, to do muzyki jakoś średnio mnie ostatnio ciągnie


  • RSS