Ciężko mi.

Zaczęłam się uczyć. Od ferii w szkole nawał wszystkiego, więc jeszcze trochę i w końcu sama siebie będę mogła zobaczyć z książką czy zeszytem w ręce. Bo się rozdwoję. Jedna ja będzie się uczyć i uczyć, a druga ja będzie odsypiać, jeść i wychodzić z przyjaciółkami. Mam za mało czasu dla siebie. Wszystko muszę nadrabiać w weekendy – sen, coś porządniejszego do jedzenia i jakieś wyjście, „bo dawno się nie widziałam z…”. W dodatku dopadł mnie syndrom piątkowego wieczoru. Źle mi, kiedy nie jestem wtedy z kimś umówiona. ‚Come on! Weekend nadszedł! Musimy coś zrobić, żeby odpocząć od wszystkiego!’
Ale czasami jednak wolę zostać w domu, bo nosa mi się wyściubić nie chce. Bądź co bądź, tv jest znacznie mniej wymagającym towarzyszem, dla którego nawet nie „trzeba” wyglądać ładnie ;) Choć i w domu nie jest tak, jak by mogło być. Kiedy chce się mieć spokój i ciszę, zaraz wejdzie ktoś do pokoju, czy włączy cholerną muzykę – a raczej basy z odrobiną muzyki. (Plus to, że ostatnio wybuchowa jakaś jestem i kłócę się z rodzinką). Albo ociec co pięć minut informujący o pogodzie i jej zmianie w ciągu najbliższych piętnastu sekund. KURWA. Kogo obchodzi pogoda?
A jak się w środku dnia zdrzemnę, to później się pytają, czy nie mam temperatury, czy źle się czuję, czy coś. Kładę się po północy, wstaję o szóstej, to chyba mogę sobie pozwolić na małą sjestę około szesnastej? Tak, mogłabym się kłaść wcześniej, tak. Musiałabym tylko przeorganizować sobie plan dnia. Nic prostszego.
W dodatku znowu zaczynają się wstępne rozmowy dot. przeprowadzki. BOŻE. Kiedy w końcu? Ileż można czekać?

Cierpię na chroniczny brak partnera do rozmów o uczuciach. O takich typu „co tam u mnie, ale tak NAPRAWDĘ”. Żeby tak się wywnętrznić. Bo nawet w pamiętniku nie chce mi się pisać. Lewa ręka znacznie szybciej się męczy niż prawa.
Zresztą, z mówieniem u mnie ostatnio też tak średnio. Wolę sobie posłuchać, co inni mają do powiedzenia. Ja jeszcze zaczekam.

Walentynki w tym roku były wyjątkowo nieszkodliwe. Aż dziw. „Moi wielbiciele bojkotują Walentynki. Czczą mnie w pozostałe dni w roku”. No, powiedzmy.

W czerwcu mamy jechać z klasą do Włoch. Adriatyk, Wenecja, Werona, Padwa. Będzie cudownie. Strasznie się napaliłam, muszę jechać! ;) Tylko żeby nie było teraz czegoś takiego, że jak chcę, żeby mumia mi coś kupiła, to żeby się Włochami wykręcała, o nie.

Wiosny! Wiosny w głowie i w sercu…

No i za kilkanaście dni urodziny. Ja nie chcę. I niczego nie urządzam. Za rok.

♪ dzisiaj – Grechuta. / Wszystko, tylko nie Mozart. Wkurza mnie, taki wesolutki jest. Palant. /