joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 11.2005

Zdaje się, że nie pisałam od czasu półmetka. No więc…
Metropolis duże. Ludzi w cholerę, brak powietrza w „kolejce” w szatni. Na górze techno, na dole r’n'b. I mimo wszystko, więcej czasu spędziłam „na górze”. DJ był dobry, ceny niebotyczne (2zł od sztuki w szatni!!), a alkohol na dowodzik ;)
Ale bawiłam się nie najgorzej :)

Tydzień szkoły jakoś minął… i nadszedł piątek, czyli wieczór z Harry’m Potterem. Przydługie trochę, ale za to kropla podtekstów (tu piękny tekst Hermiony o zajęciach praktycznych z Krumem… ;) ) i nieco humoru. Z tym, że mnie i tak wyjątkowo wszystko śmieszyło. A już jak Cedrik padł, czy Glizdogon odcinał sobie rękę… ;)

A jeszcze w czwartek po wizycie z Mir w Heliosie, w celu nabycia biletów na powyższy seans, przeszłyśmy się do empiku, gdzie czytałyśmy brytyjskie młodzieżowe pisemka. Co ciekawe, w Bliss napisali mi w horoskopie, że w grudniu wiele zmian (typowe) i że powinnam uważać na to, by kolor na moich włosach nie zmatowiał. O. Skąd oni wiedzieli, że mam zamiar zrobić sobie kolor?! :D

W sobotę nastąpiła – zapowiedziana dwa dni wcześniej – zamiana pokojów. Teraz ociec panoszy się w moim 18metrowcu z widokiem na południe i pełnym wspomnień, a ja ulokowalam się na – bodajże – 12 metrach, w których najbardziej wkurza mnie to, że w ścianach są ledwo dwa, trzy gwoździe. Rzecz jasna, w czwartek, po ogłoszeniu tejże nowiny, wkurzyłam się niemiłosiernie i tak trwałam do wczoraj.
Teraz już mi przeszło, zobojętniałam.
Jednakże cały weekend przeleciał – tak właściwie – bezproduktywnie, podczas gdy miałam przecież pisać pracę z etyki. Ale dobra, dam radę – przecież zawsze daję – będzie dobrze.

A dzisiejszy dzień można zaliczyć do dobrych. Jeszcze nie płakałam (:D). I nie narzekam (no, za bardzo) mimo tego, iż jest poniedziałek, a jutro mam spr. z fizyki (ijeee tam), kartk. z biologii (hmmm…), król z kompleksem Edypa na polski (kocham streszczenia) i nauczyć się na niemiecki (normalka).

Potrzebuję dużo magnezu i cukrów = energii. Czyli w tym tygodniu żyję czekoladą.

Ach. I mam pomysł na nowy szablon. Turkusowy.
A komputer przestał mnie już bawić. Zimą w książki?

PS: a brat mój założył sobie bloga. Siedzi w Moskwie, nie ma co robić, więc pisze ;) Można poczytać. Link pod „l”.

Dużo roboty, dużo stresów, zero ochoty, chęć ekscesów.
Ładnie mi się rymło, co?
To taki maksymalny skrót ostatniego czasu. A czas ten był okropny. Koszmarny. Zapowiada się jeszcze gorszy i w ogóle, ale skupmy się na „teraz” i „trochę wcześniej”.
Nie, dobra, nie chce mi się.
Nic mi się nie chce.
A nie, jedno mi się chce – chce mi się amnezji selektywnej. Na szczęście, jutro impreza (szczęście w nieszczęściu – impreza w niedzielę? helloo?)! Będzie fajnie, odstresuję się w tańcu, mam ochotę napić się piwa i poudawać łatwą.

Tak w ogóle to – jak wywnioskowałam – zbliżam się coraz bardziej do ideału. W sensie – nie ja ideałem, tylko, hm… chłopcy, na których „natrafiam”. Mam tylko nadzieję, że jak w końcu znajdę „Mr. Right” to nie będzie on miał na oku/w sercu jakiegoś tam innego ideału.
Szkoda, szkoda, szkoda.

W ogóle to zimno jest strasznie. Połowa listopada, a już taki mrozik, że chce się nosić rajstopy pod spodniami! :D A z glanów trzeba będzie zrobić obuwie obowiązkowe. Buuuu, odzwyczaiłam się od takich ciężkich butów :/

(i jeszcze jakiś absolutnie pieprzony i głupi projekt na poniedziałek na niemca trzeba zrobić! kiedy, kochani, kiedy [oprócz tego, że teraz :D] ??)

♪ Placebo: The bitter end; Pure morning; Special needs; Every you every me

Od wczoraj trzyma się mnie zły humor.
Gdzieś od piątku – seria złych decyzji. Żadnych tam wielkich rzeczy – przecież i tak to wszystko polega na tych niuansach, prawda? O wszystkim decydują właśnie one – jaki humor będę miała przez resztę dnia, etc.
A ostatnio jestem niemiła, zgryźliwa i wkurzam się o byle co. Ah, i mam ochotę płakać.

Już zwłaszcza dziwi mnie to, jak łatwo potrafię powtórzyć swoje błędy. A potem czekam i siedzę jak na szpilkach, po raz kolejny przy Mir wyzywając siebie od kretynek, idiotek i głupich.

Po raz kolejny okazuje się, że nie warto być szczęśliwym. Bo natychmiast inni chcą to zniszczyć.
(Albo ja się za bardzo tym przejmuję?)

A co do egzaltowania się, Ban: gdzie mam to robić, jak nie tutaj?

Niech mnie ktoś przytuli…

Nur ein Wort

5 komentarzy

To był jeden z najlepsiejszych długich weekendów, jakie miałam.
W piątek planowałyśmy ubaw w Madnessie. Nie wyszło. Cholerni chłopcy :P
W sobotę wieczorkiem wpadliśmy do Leszków. Braciszek w niedzielę ma odlot do Moskwy… :( Kijowo, bo na długo – jakieś 3 lata. Będę tęsknić jak jasna cholera i ja nie mogę.
Niedziela upłynęła pod znakiem Galerii Dominikańskiej i nas czterech. Jak zwykle było joł i w szczególności zwłaszcza ;)
No i miłe było to spełnienie mojego życzenia przez Pierwszą Gwiazdkę ;)
A w poniedziałek byłam na randce. Nie piszę o niej nic więcej, bo t. wpadnie w samouwielbienie ;D :*
Z kolei wieczorem razem z J. wpadłyśmy do Fun Klubu na helołin. Oooooj, się wybawiłam :D Przy okazji jeden chłopak dostał ode mnie nr komórki, ale do tej pory nie zadzwonił. Bosz, chyba się zabiję XD E, albo nie, jakoś nie mam ochoty :P
We wtorek nie byłam na cmentarzu. Nie tylko dlatemu, że nie czuję tego święta. Po prostu we Wrocławiu nie „leży” nikt z mojej rodziny :P (Zresztą normę cmentarzową wyrobiłam już jakieś 2 lata temu…)
A wieczorem przeszłyśmy się z A. i J. po osiedlu w cholernym zimnie i odbyłyśmy totalnie egzystencjalną rozmowę. A mianowicie: czego boimy się w miłości. Wszystkie różnych rzeczy…

Nie chce mi się dalej pisać.
Noga mnie boli – „skręcenie stawu w stopie” – taka była diagnoza. Się ma talent :D
Dwa tygodnie zwolnienia z ćwiczeń, dwie opuszczone lekcje tańca. Jak ja to, cholera, nadrobię? :(


  • RSS