joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 8.2005

… czytam forum onetowe. Gwoli ścisłości (co to w ogóle jest to „gwoli”? wie ktoś?) dodam, iż czytam posty o siatkówce, siatkarzach. Nic takiego naprawdę dooobrego nie ma… Mi tylko spodobał się taki jeden… Oprócz tego, mnóstwo topic’ów objeżdżających grę kadry oraz poczynania trenera, nieco mniej wpisów fanek „kochających” się we Wlazłym, Kadziewiczu, Winiarskim, etc. Doprawdy, nie rozumiem tego. Mają grać, do cholery, a nie wyglądać. Następne mecze w pierwszy łikend września. Ja pierdolę. Zaczynam nabawiać się kalendarzofobii/datofobii. „No bo ja nie chcę!” Dżiz.

Wczoraj byłam w Galerii. Boże, trzy godziny! Jak dla mnie – to dużo za dużo… Skutki? Nowe buty, nowa bluzka w najbardziej trendowatym kolorze – czekoladowym. Czudna :)

W poniedziałek znowu kurs na południe. Jednak w wakacje nie warto siedzieć w domu. Chyba że nie w swoim ;)

Odkąd piszę mejle do Dejbi, odkąd częściej rozmawiam na gygy z Tomaszem czy Pawłem… nie chce mi się pisać TU (co chyba po tej notce widać…). No, ale chyba nikt z tego powodu nie płacze… :P

PS: mam wrażenie, że ludzie jakoś tak strasznie dużo kłamią ostatnio.

Fragment mojego mejla do Dejbi:
W tę i wewtę jechaliśmy (ja, Ban, mój brada, mi mama) razem prawie cały dzień.
Ok. 11 godzin „w tę”.
Wyobrażasz to sobie? Przecie to prawie jak kolejka transsyberyjska! (czy, jak to ja mówię, transatlantycka)
Ale warto było, oj warto.

Dni były takie sobie. I tak zazwyczaj spałam do południa – odsypiałam noce – później było jakieś śniadanie, opalanie, wyjście na miasto. Za to późnym wieczorem zaczynało się życie.
Nasi tzw. sąsiedzi (mieszkali kilka domków dalej) – Kaśka i Marcin – byli naszymi współtowarzyszami w wypadach.
I tak, drugiego wieczoru trafiliśmy całkiem przypadkiem na imprezę na plaży. Lasery, techno, palmy (!), mnóstwo piwa i ludzi, a do tego wielka nadmuchiwana butelka Heinekena (pusta w środku). I deszcz. Nigdy wcześniej (tak, będę się tym zachwycać! :P ) nie widziałam „kropli deszczu w promieniach (czy-jak-to-zwał) laseru”. Wyglądał jak gwiazdy. Po prostu ach.
A gdy impreza się skończyła – tj. sprzęt się zepsuł :D :D :D – poszliśmy do klubu kilkaset metrów dalej, skąd po jakiejś godzinie w pełnym deszczu ruszyliśmy z powrotem do naszych domków. A drogi było na pół godziny, plus egipskie (a raczej łebskie) ciemności – bo tam za cholerę w bocznych, polnych drogach oraz w lesie latarni nie uświadczysz. W ośrodku byliśmy tuż przed piątą rano.
Innego wieczoru, czyli koło 22-23, poszliśmy na plażę. Chłopaki wpadli na pomysł, żeby tak cofnąć się po ręczniki oraz stroje i wykąpać się w morzu. Więc wróciliśmy, po drodze panowie dokupili sobie jeszcze po butelce, a ja i Ban namówiłyśmy Kamila (Chłopaka-Ze-Sklepu), żeby poszedł z nami. Jakoś tak w końcu wyszło, że nie kąpaliśmy się, a zamiast tego udało nam się „złapać” Chłopaka-Od-Trampoliny i skłoniliśmy do tego, by nam otworzył i dał poskakać za darmo. Z początku nie chciał się zgodzić, w końcu było już po północy i w ogóle, no ale…
ale w końcu puścił nas na kilka minut, w ciągu których podczas lądowań nieco mi się uginały kolana (…), a w końcu upadłam na siatkę tak ładnie, że aż do tej pory kostka mnie boli :( Po trampolinowej sesji w mokrych i opiaszczonych (patrz, tworzę neologizmy! :D ) skarpetkach usiedliśmy na ręcznikach, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy niebo. A piękne było – bezchmurne. Gwiazdy spadały jak
głupie jakieś – a jedyna, którą mi udało się na tym przyłapać, „zgasła” z dość jasnym „mrugnięciem” :D
Całość była tak romantyczna, że tylko brak…
Wczoraj, gdy o tym myślałam, przez chwilę już mi się zdawało, że zaczynam pękać.
Ale na szczęście nie – to tylko pms :D

Było naprawdę… mogłabym wrócić.
M.in. dlatego, bo gdy tylko weszłam na gadu i spojrzałam na tą swoją listę, odechciało mi się Wrocławia.
Bo w Łebie nie myślałam o problemach. To był prawdziwie udany „urlop” :)


  • RSS