joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 4.2005

Joaa nigdy nie miała problemów z nauką. Od dzieciństwa interesowała się wszystkim dookoła, wypytywała rodzinkę o rzeczy, których nie wiedziała, a na ścianie w jej pokoju zawsze wisiała mapa. Często jeździła w góry, nad morze i w ogóle gdzieś „w teren”. Wiele się przy okazji – można powiedzieć – uczyła. I przeciwko tej ‚nauce’ nie miała nic. Takie „przyjemne z pożytecznym”.
Przesiadywała zawsze z osobami starszymi od niej, słuchała dziadków opowiadających o II Wojnie Światowej, socjaliźmie w Polsce i innych rzeczach tego typu [dziadek dawniej uczył historii, babcia pracowała w bibliotece] oraz rozwiązywała z nimi krzyżówki.
Gdy trochę podrosła, a telewizja była w – mimo wszystko – jednym z początkowych stadiów amerykanizacji, oglądała z rodzicami jakieś teleturnieje, np. Jeden z dziesięciu. Później byli Milionerzy, jakieś Życiowe szanse, itp. itd.
W tak zwanym międzyczasie uczęszczała do szkoły. Od początku odnosiła sukcesy – z takim ‚przygotowaniem’, jakie miała, to chyba nic dziwnego.

To ‚przygotowanie’ nadal ma i ono wciąż rośnie. Na lekcjach dowiaduje się mnóstwa ciekawych rzeczy – zwł. chemia i matematyka ją pasjonują.
Później są języki obce – w tym ogromną zasługę ma MTV, VIVA i – ogólnie – zagraniczni artyści, których Joaa zawsze lubiła. Lubiła też wiedzieć, o czym oni śpiewają. Więc tłumaczyła sobie teksty. Później poprawiał je starszy brat – w końcu młode dziewczę nie zna idiomów angielskich, no i nie wszystko było w słowniku.

Sprawdziany, kartkówki…?
Dużo daje słuchanie na lekcji, zapisywanie sobie na marginesie co ciekawszych rzeczy. A dzień przed – Joaa albo tylko przegląda zeszyt [matma, ew. polski], albo czyta tematy [historia], albo uczy się słówek/wzorów [fizyka, niemiecki], albo robi jakieś zadania z powtórzenia, czy poprzednich lekcji [chemia].

Dlatego też bardzo ją ukłuło to, gdy od „tzw. psiapsiółek” usłyszała zwroty typu: „Asia nie wie?” wypowiadane dość złowieszczym tonem.

Powiem po prostu:
nie lubię, gdy ktoś mi [nazwijmy to tak] „zazdrości”. Nie jest to miłe uczucie. A tym bardziej, gdy słyszy się to od osób, które nie powinny „zazdrościć”.
„Zazdrość” niszczy przyjaźń.

Chwilaaa – jaką przyjaźń?
Przecież już dawno tego nie ma.
A i ja przestałam w to wierzyć.

PS:
Egzaminy Joaa napisała dobrze. Zwłaszcza ten drugi.

Sukienka u znajomej krawcowej.
Odrobinę obcinamy asymetrię.

Nad łóżkiem 40 wzorów.
Na płycie 18 testów.
Spacer po parku. Dwa spotkania „pod bramą”.
Jedno wywołało uśmiech. Drugie – prawie – obgryzanie paznokci z nerwów.

3 testy mat. zrobione.
37, 39 i 40 pukntów.
Mała panika – dzięki pierwszym dwóm wynikom.
Co najmniej 40 pkt’y ‚matematyczne’ to tylko dla mojej satysfakcji. Gdzie się podziały tamte ubiegłoroczne 44?
Wzory z fizyki. Dużo literek. Jakieś równania. Matematyka, chemia, geografia… luz – zawsze można coś wymyślić. Biologia, fiza – ałć.
Zabawne, że rodziców jakoś nie ruszają te testy. Wiadomo, zdolna jestem i mądra. Dam radę. No a jak. W końcu chcę się dostać do dobrej szkoły.
Uczę się. No staram się.
Wzory z fizyki robią się nawet jakieś przyjaźniejsze, jeśli patrzy się na nie kilka razy dziennie, z małą dozą paniki w oczach. Tylko te cholerne wykresy…

Potworny – jak na mnie – bałagan. Właściwie to wygląda, jakby takie małe tornado przebiegło przez wszystkie krzesła w moim pokoju, zostawiło trochę rzeczy na podłodze i poleciało na pralkę w łazience.
Na szczęście zaraz już długi weekend, zrobię wszystko, co się tylko da, żeby to jakoś doprowadzić do stanu używalności, pojadę odwiedzić kuzynkę, u której znowu jakieś problemy z kręgosłupem i może zapoznam się z takim jednym Dawidem…

Jak widać, bałagan znajduje się także w powyższej notce. Kto coś zrozumiał – brawo. W nagrodę możesz się pocałować w potylicę. Albo pocałować żabę czy ropuchę – może zamieni się w księcia/księżniczkę. A propos – oglądałam wczoraj „Cinderella story” z Hilary Duff i Chadem Michaelem Murray’em. Słitaśne. Ale nawet zabawne.

Muszę przesunąć wizytę u lekarza – koliduje mi z Niemcami.
Ja cię kręcę.
A może by tak już wakacje…?

Trochę mnie tu nie było.
Czemu?
Czyżbym uczyła się do egzaminów?
W końcu został tylko tydzień… więc to chyba powinno być logiczne…

A jakże.
Uczę się.
Wymigiwać się od nauki wzorów, regułek, czy innych bzdet. Gram z bratem uczącym się do matury w Dungeons & Dragons. Coraz lepiej. Już nie ginę 11 razy na minutę [ ;) ], a wczoraj np. zginęłam dopiero po około 15 minutach gry. Super.
W maju, gdy już będzie taki totaalny luz, będę tak ostro ćwiczyć, że „przeżyję” Wojtka ;)

Tak poza tym, to nawet nie ma pogody odpowiedniej na naukę. Bo czy łatwo jest usiedzieć w domu podczas, gdy słońce tak rozkosznie grzeje, a wszystkie drzewa się zielenią i w ogóle jest tak pięknie na dworze? No właśnie nie.
To chyba taki rodzaj tortur :>

PS: nie mogę znaleźć tekstu do jednej z piosenek Madonny. No jak babcię kocham!
PS2: nigdy nie wybaczę firmie Nivea, że nie wprowadziła u nas linii Beautè. A takie fajne rzeczy mają… ;)
PS3: potrzebuję 125 zł. Na nie :)

Jan_Pawel_II.jpg

Co ja mogę napisać? Przecież został On już zapewne w niemal wszystkich możliwych miejscach opisany we wszelkich superlatywach, jakie tylko udało się wymyślić.
Co powinnam dodać? Że ma spoczywać w pokoju, że „będziemy tęsknić”; że wciąż nie wierzę, iż odszedł? To chyba jasne.
Czy płakałam? Tak. Dawno tak nie płakałam. Bardzo dawno. Ale płakałam sama. Do łez nie potrzebuję towarzystwa.
Czy poszłam do Kościoła, modliłam się? Owszem. Też dawno nie byłam – z własnej, nieprzymuszonej woli [święcenia koszyków nie liczę, oczywście].
Tu chcę dodać – co może postawić mnie w złym świetle – że moja wyprawa do Kościoła miała też Drugie Dno. Oprócz oczywistych powodów, poszłam, by Kogoś spotkać. „Drugie Dno” widziane, a i Ono mnie zauważyło – więc zaliczone, powiedzmy.

Co to ja jeszcze chciałam napisać…?

Że zaskoczyło mnie to, jacy ci wszyscy księża watykańscy byli spokojni, opanowani. Żadnych łez, nic. Przecież nawet T.Lisowi podczas relacji głos się załamał na trochę. Innemu reporterowi też. A księża nic. Doprawdy, ciekawam, paczjemu.

I że tacy ludzie jak On powinni być nieśmiertelni. Rzecz jasna, ze wszystkimi ‚przywilejami’ – żadnych chorób, starzenia się, etc.

I że jutro u nas, we Wrocławiu, prohibicja.

I że niebo dzisiaj było jakby piękniejsze i słońce bardziej grzało…
Ciekawe, czy to Jego sprawka. Albo, czy to Bóg chciał nam jakoś „wynagrodzić” to, że zabrał takiego wspaniałego Człowieka.

I że mam nadzieję, że Tam-Na-Górze Karol Wojtyła będzie miał do woli swoich ulubionych kremówek :)

[*]


  • RSS