joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 12.2004

Koniec

5 komentarzy

Nie da się ukryć: dzisiaj Sylwester.
Ostatni dzień roku.

To pewnie ‚powinna’ być notka podsumowująca.
Ale nie, nie mam na to ochoty. [Przynajmniej na taką 'klasyczną'].
Wszystkie tegoroczne wydarzenia nadal mam w głowie, w sercu, bądź też zapisane w którymś pamiętniku.
Mnóstwo tego było.
I nie narzekam. bo większość wspominam naprawdę dobrze. Z uśmiechem na twarzy. Może z ewentualną łezką nostalgii.
Ale ten rok kończę raczej w nieciekawym nastroju: przez ostatnie 3-4 dni wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Raczej niemiłych. Choć mnie spotkała tak właściwie tylko jedna, to większość w jakimś stopniu też mnie dotyczyła.
Nie będę się o tym rozpisywać. Nie ma po co. Wieczorem, przy „Y tu mamá también” i innych filmach będziemy wspominać. Całą zimę, piękną wiosnę, cudowne lato i zaskakującą jesień.

Będzie to wbrew temu, co ostatnio wyszło mi w tarocie, który „mówił”, że nie powinnam wspominać, bo i tak przeszłości nie zmienię. Albo coś takiego.
Dziwne oraz zabawne jest to, że i w tarocie, i w kartach [sama sobie wróżyłam] wyszło mi także, że w „teraźniejszości” czeka na mnie nowa miłość.
Ha.
Dobrze wiedzieć.

Wszystkiego naj-naj-…-naj w Nowym Roku :)

Po.

9 komentarzy

Nie zjadłam 12 potraw wigilijnych. Dla mnie tzw. wieczerza kończy się po opłatku, barszczu z uszkami [w tym roku był cudoooowny :) ], karpió oraz kompocie z suszu [ambitnie wypiłam całą szklankę tego okropieństwa].
Po jedzeniu były oczywiście prezenty. Mikołaj [czy kto-to-tam przynosi na Gwiazdkę prezęty] świetnie się spisał!
Choć nikomu nie mówiłam, że „przydałby mi się…”, dostałam:
kubek
i perfumy
Resztę prezentów [w większości książki - hurra! :) ] tak raczej już „znałam”.
Ach, i słodycze. Oczywiście.

Całych trzech dni świątecznych nie spędziłam przy stole – dzięki Bogu. Całych nie :P
Ani przed tv, znudzona obserwowaniem, czy i tym razem Kevin sobie poradzi…?
U kuzynów oglądałam „Bend it like Beckham”. Sympatyczne, nie powiem.
Tak sympatyczne, że chyba zaraz skończę tą paczkę biszkoptów [z Mamuta, nie z Biedronki] podczas „projekcji”.

*

I tak na marginesie: bardzo spodobał mi się cover słynnego Last Christmas. Z tym, że śpiewany po polskiemu.
„Na święta kolęda dwóch serc,
choć tak szybko jak śnieg roztopił się sen
Dziś wiem, że to zwykły żart,
choć byłaś naprawdę blisko

Na święta znów szansę Ci dam,
lecz pamiętaj, że to ostatni już raz
Jest ktoś, kto jeśli nie Ty
dostanie w prezencie wszystko…”

ciao, zią’s

- dopiero co skończyłam dzisiaj czytać. Bardzo mi się podobała.
Poniżej zamieszczam fragmenty z jednego „rozdziału”.

Brzydkie koleżanki nigdy nie zwracają na siebie tyle wagi, co ich ładne koleżanki. Chłopców nie interesuje, gdzie są brzydkie koleżanki (oczywiście są w Klubie Brzydkich Koleżanek, gdzie bez końca oglądają odcinki brazylijskiej telenoweli, pożerają całe koryta serników, a potem wciskają się w pasy wyszczyplające), ale zawsze pytają brzydkie koleżanki: „Hej, gdzie jest twoja ładna koleżanka?”, na co zwykle mam ochotę odpowiedzieć: „W szpitalu, została jej jeszcze jedna operacja plastyczna. Chyba mi nie chcesz wmówić, że ten śliczny nosek jest prawdziwy?”.
W rzeczywistości brzydkie koleżanki zawsze kończą jako ochrona ładnych koleżanek, gdy tylko jakiemuś obleśnemu facetowi wpadnie w oko dziewczyna, której spodnie nie rozchodzą się w szwach.
(…) Brzydka kobieta nie kłamie. Nie musi.
(…) Niestety, konfrontacja to jedyny sposób na przekonanie świata, że brzydka koleżanka wie, jak radzić sobie z mężczyznami, i nie jest tak zupełnie do niczego. Ładna koleżanka nie może jej tego nauczyć, bo gdy tylko brzydka przygada sobie jakiegoś faceta, ten natychmiast ogarnie wzrokiem jej majestatyczną piękność.
Ładna koleżanka wie, jak oczarować mężczyznę, jak dać mu do zrozumienia, że, owszem, jest kobietą. Brzydkie koleżanki nie mają żadnych szans.

Laurie Notaro, „Klub idiotek”

Ale ja się nadal łudzę. Nie to, co Anka. Ona ‚już’ nie wierzy. Sama nie wiem co gorsze.

Cieszę się, że są chociaż dwie osoby – no, dwaj koledzy, bądź też: przyjaciele – które zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy.
Naprawdę, wielkie Wam dzięki :*:*

No, to:
Wesołych Świąt i ciekawych prezentów.

(bo zakładam, że do piątku i tak nic ciekawego się u mnie nie zdarzy.)

PS: czuję się tak cholernie beznadziejnie…
PS2: tak, to była notka spod znaku „uwaga, narzekam!”. Ale i tak obawiam się, że pisałam prawdę. W końcu: nie muszę kłamać

Bo… Jak by tak się zastanowić, to On faktycznie był ideałem [nie, nie X]…

Zapomniałabym.
Tydzień temu minęło dokładnie 10 lat, odkąd sprowadziliśmy się ze Szczecina do Wrocławia. A ja nadal kocham te dwa miasta… :)

Kryzys tak właściwie to mi przeszedł w piątek. Wiadomo, początek weekendu, wieczór, mnóstwo ludzi na Rynku, w tym J. i ja – w mini ;)

Nie lubię być niemal bezustannie krytykowana. Miłe słowo też by się czasem przydało.
Bo jeszcze trochę i zamienię się w cichą, zakompleksioną dziewczynkę.
Cóż
Jestem w połowie drogi.

słcuham: No Doubt Don’t speak oraz Sixteen; Neneh Cherry Woman; ost: „Pulp Fiction” Girl, you’ll be a woman soon

tak właściwie, to nic się ciekawego nie dzieje.
poza tym, że:
a) kryzys „a” nadal trwa, lecz w łagodnej postaci – na co dzień raczej nie mam czasu myśleć o tym;
b) [jak to ostatnio odkryłam] X /no, domyślajcie się, kto/ nadal mi się podoba; chociaż nie, może źle to ujęłam – znowu jest dla mnie atrakcyjny ;)
c) od Mikołaja [wersja dla Draka: Dziadka Mroza? :P ] dostałam telefon kom. fajny, ale niezbyt mi potrzebny prezent. jak już ktoś chce mój numer, to zgłaszać się na gadu :P
d) na Sylwka nadal nic…
e) nadal przeklinam
f) znowu [nadal?] cholerny „zapiernicz” w szkole. ja to bym wszystko w cholere rzuciła. i pewnie nie ja jedna.

że z dniem dzisiejszym /trzecim grudnia AD 2004/ rozpoczął się u mnie tzw. Kryzys „a”.

Dziękuję za uwagę.

/update 22:36/
Sylwka u mnie nie będzie. Zatem pewnie czeka mnie randka z odbiornikiem telewizyjnym i „Sylwestrem z dwójką” lub odgrzewanymi „hiciorami” ubiegłego wieku.
Marzenie.

Za dużo przeklinam.
Za dużo mam do roboty. Połowa zdań, jakie wypowiadam w stronę mumii, zaczynają się od słów: „muszę jeszcze…”.
Moje szczęście chyba gdzieś się zawieruszyło po drodze

Smutam się.
J. „wreszcie” szczęśliwa, Mir – jak zwykle happy, Anka… Hm. Nie wiem – mogę nie pisać? [tu powinien być ten paskudnie wyszczerzony emot z gadu]
W ogóle, w życiu moich znajomych dużo się ostatnio zmienia. Tylko ja sobie „odpoczywam” od nadmiaru emocji. A bo niby po co mi to? Jeszcze coś by mi się stało. Jakiś zawał, czy inne cholerstwo. Albo jeszcze przypadkiem byłabym szczęśliwa.
A fe.

Już grudzień. Zima praktycznie za chwileczkę. Wspomnienia. Znowu.
A inni są zakochani. Irytują. Ach.
‚C’est la vie’ – jak by to powiedziała Ingrid, na której koncercie wczoraj byłam.

Jako support wystąpił…. Bartek Wrona! Odśpiewał jakieś pięć piosenek, a na koniec… Kolorowe sny, kiedy ja dotykam ciebie, zwariowany świat, kiedy w nas tańczy pragnienie…. Całość raczej przypominała mi koncert jakiejś gwiazdki disco-polo – reflektory biły po oczach, tancerki ruszały się nierówno i odrobinkę „nudno”… no i ta muzyka… :P
Ingrid to zupełnie co innego. Weszła na scenę i nawija po polsku. Wszyscy zaskoczeni, a ona nadal gada. Przynajmniej śpiewała po francusku.
Ma świetny kontakt z publiką; dużo osób za jej namową poszło pod scenę, zamiast kisić się na trybunach. Było naprawdę b.b.b. fajnie :):):)
A w drodze powrotnej, tańczyłam cza-czę na przystanku… :D

Mir dzisiaj w ramach „pocieszenia” powiedziała mi, że jestem boska. Ha, nooo niby ja to wiem… ale czasami przydałby się Ktoś, kto by mi o tym przypomniał :P

PS: jakiś deficyt przystojnych osobników płci męskiej jest ostatnio, czy co?


  • RSS