Z niemca byłam trzecia.
Jutro idę na konkurs z historii, a w przyszłym tygodniu na jeszcze dwa inne.
Staczam się, cholera.

Pawcio – sto lat.. [i czego sobie tylko zażyczysz] z okazji jutrzejszych urodzin :)

Poniżej zamieszczam tekst spisany jakieś dwa, trzy lata temu przeze mnie i moją kuzynkę. Teoretycznie, miała to być „telenowela”, ale nie miałyśmy weny, aby to jakoś poprowadzić dalej…

„Tasiemiec [do rozbiórki]„

To brzmiało jak wyrok:
- Ma pani
Asfodelusa Michnikusa
- O Boże, a co to, jakiś nowotwór? – przeraziłam się.
- Nie, tasiemiec.
Uff. A brzmiało jak jakiś polityczny nowotwór… ten
„Michnikus”. Brr.
- A jak mogłabym go wyleczyć?
- No cóż… A wie pani, że nie wiem? O! Może wyślę panią do Kliniki Nowotworów Politycznych…?
Wiedziałam, wiedziałam, że to coś z politykami!

No i poszłam do tej kliniki i se usiadłam.
No i lekarz powiedział, że skieruje mnie do innego lekarza.
Wkurzyłam się i poszłam sobie do kawiarni, bo się wkurzyłam.
Nie poszłam do tego patafiana i postanowiłam żyć z myślą, że ktoś we mnie żyje. Ale nie jestem w ciąży!!! [Hurra!]

*

Nie da się ukryć, jestem zirytowana. Chyba zrobię sobie przerwę i pomyślę nad tragizmem swojej postaci [czy jak to zwał], a także płytkością swej egzystencji.
Nie, żebym rzeczywiście miała zamiar, ale jak „dobrze” to brzmi…

[na Winampie: „Cruel intentions” ost]