joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 9.2004

Poniedziałek, 20.09.
Ach, ta ambicja…

‚Scena’ dnia:
Wracamy (J., Mir, Aneczka i ja) ze szkoły. Idę ‚pod rękę’ z J.
I: (do J.) Wiesz, zdaje mi się, że ostatnio jakoś Opli mniej…
J: No, rzeczywiście!
I: To chyba znak, co nie…?
Urywam. Ulicą jedzie Opel.

Wtorek, 21.09.
Choleraaa, pieprzona firanka!! Wrobiła mnie w referat. Kól, po prostu. Wrr.
Za namową kolegi ściągnęłam gotowca ;)

Środa, 22.09.
A. mnie zablokowała.
Fajnie, że wiem, czemu.
Tzn. wiem, wiem. Filozoficzne rozmyślanie nad zachowaniem ludzi.
Nie rozumiem, dlaczego zrzucają winę na innych, a nie przyjmują jej na siebie.

Czwartek, 23.09.
Dwie lekcje i… na Polibudę, na wykłady z fizyki :)
Optyka, pęd i ‚coś jeszcze’ (ach, skleroza). Super, kól i w ogóle.
Szkoda, że fizyka w szkole tak nie wygląda :/
Później pojechałam z J. sprzedać na Dominikańskim podręczniki. Nie chcieli, kazali przyjść w trzecim tygodniu czerwca.
Wracam do domu z „szamponem koloryzującym Wellaton”, kolor miedziano-złoty.
Hm.

Piątek, 24.09.
Fazaaa na bioli.
Białko – wszystko przez to słowo ;)
„5″ z referatu dla firanki :>

Po szkole miałyśmy iść we cztery do parku, odprawić nasz ‚rytuał’. Ale pogoda nie dopisała, i to nawet bardzo, więc zostałyśmy w domu.
Po 17 poszłam z J. do Mac’a :D Wydurniałam się potwornie i strasznie ;)
Później zajrzałyśmy do ‚Championa’, tam nabyłyśmy krem + ciasto karpatka – ambitnie postanowiłyśmy nauczyć się robić ciasto ;)
Po 3 godzinach spędzonych na zmianę w kuchni, przy kompie, na balkonie i na korytarzu (:)) zostawiłyśmy Karpiatkę (tak ją ochrzciłyśmy) na stole i poszłyśmy oglądać „Przyjaciół”, a potem spać.

Sobota, 25.09.
Ciasto było pycha. Szkoda tylko, że mało :(
‚Seszyn’ od 12. Do domu wróciłam chyba ok. 18.30 , ale byliśmy jeszcze na wysypie, ogródkach działkowych i w ogóle ;)
Seszyn. Ktoś pyta, o co kaman? Wzięłam się za RPG’i. Dzisiaj miał być ‚Wiedźmin’… ale, hm. Nie bardzo wyszedł ;)
Wszystko przez Ban, która rzuca uroki na wyjątkowo piękną elfkę – czyli mnie – i pod wpływem zauroczenia ‚każe’ mi robić różne rzeczy :)

Stres, ogromny stres. W czwartek późnym popołudniem – apogeum.
Od wtorku wszystko potwornie mnie wkurzało – a ta złość jeszcze bardziej irytowała. Począwszy od samej myśli o firance, poprzez referat oraz rozprawkę na piątek, gadki ojca oraz jego nucenie w każdym pomieszczeniu, do którego wchodzi; na bałaganie w pokoju skończywszy.
Dobrze, że przynajmniej nie dążę do autodestrukcji – bo co wieczór leżałabym pijana i naćpana pod stołem w jakimś klubie, w którym leci techno bądź hiphop, a na parkiecie tańczą farbowane blondynki o inteligencji porównywalnej do IQ pomidora (tak, wiem, ‚stereotypy’).

Można zwariować. Ze mną. Beze mnie. Ja mogę. To wygodne.

1. Nie uważam, że robię źle.
2. Niczego nie obiecywałam.
3. Nie chciałam, ale
4. Nie żałuję.

No, ale nadal się boję.
Fuck

PS: a nie możnaby żyć, i nie komplikować ani sobie, ani innym tego życia? Bo czasami miewam dość
PS2: to brzmi jakbym nie-wiem-co zrobiła. Ale chyba aż tak źle nie jest :]

Pomysłów na nowe notki mam ostatnio w cholerę. Oj, naprawdę dużo, tak.
Tylko ten panel admin. jakoś tak ciągle ‚nie po drodze’.
O, nawet i teraz, zamiast pisać tą notkę czytam innego bloga. I nawet – prawdę mówiąc – powoli zapominam, o czym miała być.
Ech… można tak w nieskończoność.
Oł. A ja tak bardzo chciałam, żeby ta notka była o czymś…

Okej,
raz
dwa
raz
dwa
kh-hm.

Jeśli to kogokolwiek interesuje – choć i tak oświadczam to niemal wszystkim, z którymi mam okazję ostatnio obcować – przeziębiłam się.
I, doprawdy, nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego. Jedynym rozwiązaniem, jakie mi do głowy przychodzi jest to, że uścisnęłam rękę – na powitanie, oczywiście – osobie przeziębionej.
Bo przecież chyba to nie przez szlajanie się z J. wieczorami po osiedlu? Albo pytanie napotykanych – w pewnym sensie znajomych – ludzi o godzinę? Lub przez konwersację w windzie z sąsiadem? No, chyba, że dlatego, że do całkiem nieznajomego faceta – z którym również jechałam moją ekstramegawypasioną windą – uśmiechnęłam się?
Tak. Myślę, że to by było logiczne.

W weekend miałam szlaban na komputer. Przez kogo? No, zaskoczę Was –
przez George’a W. Busha oraz Michaela Moore’a.
Oglądałam „Fahrenheita 9/11″.
Bardzo pozytywne wrażenia, ten dokument jakby ‚otworzył mi oczy’ na wiele rzeczy.
Z kolei w sobotę – mimo szlabanu – oglądałam (który to już raz?) „Szkołę uwodzenia”. „Aaach, Ryan Philippe” chciałoby się rzec ;)
A w niedzielę był czas na „Terminal” Spielberga. Też sympatyczny film :)

Mamy nowego listonosza! Całkiem niezły jest, nie powiem ;) A jak otworzył mi drzwi do bramy, to aż na otwarte skrzynki wleciałam (nie, nie z wrażenia – przyzwyczajenie ;P )

Wiecie, co naprawdę bardzo motywuje mnie do działania? Konkurencja.
Z tym, że oczywiście nie zawsze. W końcu moja ambicja też czasem śpi ;)

Więc o czym to ja tak właściwie miałam zamiar napisać?
No, tak.
Zapomniałam.

Jedyną osobą, która uważa Twoje życie za warte opisania – i przeczytania tego – jesteś Ty sam.

Clocks

13 komentarzy

W ubiegłym tygodniu przeczytałam jakieś trzy, może cztery książki. Jak na mnie to całkiem nieźle ;)
Wzięłam się za serię Louise Rennison Zwierzenia Georgii Nicholson.
Pamiętnik nastolatki – lektura może i niezbyt ambitna, ale uznałam, że za młoda jestem na nie-wiadomo-jakie książki z górnej półki (chociaż „Jedenaście minut” Coelha muszę skończyć!! – ma ktoś może? :) ), więc na razie poczytam sobie jakieś nienajmądrzejsze książeczki.
Może jak będę bardziej ‚dojrzała emocjonalnie’ zdecyduję się na coś innego ;)

*

Znowu słucham starszych przebojów. Na mojej obecnej playliście obok Ricky’ego Martina i Meji („Private emotion”) oraz Kayah i Bregovica („To nie ptak”) występują Mel C. i Left Eye oraz… – uwaga, werble! – Led Zeppelin! („Baby I’m gonna leave you” oraz „D’yer Mak’er”)
Normalnie się staczam ;)

*

Bardzo często żałuję, że nie potrafię muzyki zapisać słowami. Chyba po prostu się nie da. Żadne tam nuty skaczące po pięciolinii, tylko słowa… Ale muzyka jest zbyt piękna na nie. Nawet takim „kocham Cię…”, czy słowami wypowiedzianymi ukochanym głosem ukochanej osoby – po prostu się nie da.
Kojarzycie może utwór „Clocks” zespołu Coldplay? Ha, pewnie nie. Jest tam przepiękny początek. Gdy gra tylko pianino (oslt). TAKĄ muzykę to aż by się chciało móc umieścić w statusie na gadu ;) Gdy tylko słyszę ten kawałek, aż mi się tak jakoś… lepiej, lżej robi na sercu.
Cudownie jest móc czuć…

(mam nadzieję) pozwolę sobie wrócić do wydarzeń opisanych w dwóch ostatnich notkach.
Ponieważ dziwi mnie to, co większość osób na ten temat mówi. Że ‚na moim miejscu…’ to zerwałyby przyjaźń z J. I dziwią się, że ja tak nie zrobiłam.
A dlaczego niby miałabym to robić? Przez CHŁOPAKA?? Przepraszam, ale to dla mnie:
1. śmieszne
2. absolutnie BEZ SENSU
3. znaczyłoby, że właściwie każdy powód mógłby zniszczyć relacje między nami – relacje, bo przyjaźń (przynajmniej wg niektórych, idealistów) ma być niezniszczalna.
Oprócz tego, dwa dni przed ‚tym wszystkim’ dokładnie to samo powiedziałam Pawłowi:
„Ty sobie nie myśl, że potrafisz zniszczyć naszą przyjaźń :>”.

A że J. i tak nadal – czasem? – dogryzam, to na razie nic na to nie poradzę.
Zresztą, my i tak często się ‚gryziemy’ ;)

*

Ostatnimi czasy moje myśli krążą – niczym sępy nad ofiarą – nad pewną osobą, znaną również jako P34. Jednakże krążą one w BARDZO bezpiecznej odległości i mają charakter zastanawiający (jeśli wiecie, co mam na myśli).
Ponieważ są na tym świecie rzeczy/osoby/zachowania, których nie jest łatwo zrozumieć.
A ja tego nie lubię. Czegoś nie rozumieć, nie wiedzieć (btw – ponoć jest to jedna z cech osób o imieniu Joanna) – taka dygresja.

PeeS: Czuję się nieważna. Tego też nie lubię :/

PeeS2: Ale jaja. Już nawet JA zaczęłam ‚udzielać porad sercowych’. Patrzcie no, żółtodziób, a się wymądrza! Pfi.


  • RSS