joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

Wpisy z okresu: 7.2004

.

9 komentarzy

Są dni, kiedy mogę zrobić wszystko, przenosić góry, zrobić nowy layout, etc.

Niestety, ostatnio przeważają raczej te ‚drugie’ – na nic nie mam ochoty, z przyjemnością narzekam, a stan ten chętnie bym jeszcze pogłębiała poprzez oglądanie filmów o miłości typu „Szkoła uwodzenia” – którą, ‚niestety’, uwielbiam; oraz słuchanie dołującej muzyki.

Po prostu tęsknię.
I już…

(a jednak się założyłyśmy…)

i ochrona każe Ci powstać… No bajecznie.

*

Poniżej zamieszczam tekst piosenki, której znajomość zawdzięczam starszemu bratu (tu łapka wykonuje ‚machy’ na boki w celu pozdrowienia tegoż osobnika), a która – piosenka – ma nie dość, że interesujący tekst, to jeszcze melodia i w ogóle wykonanie jest – jakby tego nie określić – kul

Nie wiem nawet jak
Jak to się mogło stać
Bardzo spokojny był
Nie mówił do nikogo nic
W fotelu siedział przez cały czas
Uśmiech łagodny miał
Wzrok wbity w jeden punkt
W ogromne drzwi
Zamknięte od lat
Pewnej nocy obudził mnie jego krzyk
Pobiegłam sprawdzić co z nim
On tylko szepną mi kilka słów
Czasu coraz mniej zostało mi
By odnaleźć serca swego drzwi
Ciało jego zabrał ktoś
Znalazłam list pełen gorzkich słów
Łzami w nim opisał mi historię swą
Tak zabiłem ich cierpiałem tak
W zazdrości mej płakałem
Tak bardzo pragnąłem być znowu z nią
Być bratem znów
Kochałem ją jak nigdy jej
Nie kochał nikt
Dała duszę swą
Złamała życie me
Pragnąłem być z nią

Firebirds „Harry”

*

Zmęczona jestem, pół dnia na zakupach – ale owocnych. Najbardziej chyba cieszę się z nowej torby/torebki oraz dwóch par fig z rysunkiem diabełka – co, po wczorajszym seansie „Dziewiątych wrót z J., uważam za odpowiedni ‚wzorek’ ;)

Na zmęczenie chyba najbardziej pomaga masaż. Zaraz po tym jest zjechanie kogoś – co uczyniłam naście minut temu na lodówce.
Jednak zmęczona jestem nadal – bynajmniej nie ze względu na późną porę – więc masaż jednak by się przydał.

(Mało brakowało, a założyłabym się o coś z J. Nie powiem, że ‚nagroda’ za zwyciężenie zakładu mi nie odpowiadała. Jednakże, byłaby trudna do wyegzekwowania… szkoda.)

Pojechałyśmy dzisiaj z J. do miasta. Właściwie, to miała być jeszcze z nami Ban… ale, cóż, nie udało nam się spotkać.

Po ‚obowiązkowej’ wizycie w Galerii ruszyłyśmy na podbój Rynku. Najpierw wylądowałyśmy w Mac’u, gdzie po pożarciu cheesburgerów i frytek, a z rożkami w rękach, ruszyłyśmy na obchód.
Zatem idziemy sobie w kierunku fontanny, a tu nas: cap! – dwa osobniki rodzaju męskiego zaczepiają, czy mamy może minutkę. No i Panowie Ankieterzy pytają nas, czy chcemy być niezależne finansowo, czy interesowałyby nas jakieś tam zarobki, etc. Obie odpowiedziałyśmy na wszystkie cztery pytania twierdząco, więc poprosili nas o podanie imion i numerów telefonów. Numerów oczywiście nie dostali, ale otrzymali zapewnienie, że stawimy się jutro o 10.30 (!!!) przed gł. wejściem do Galerii, jeśli interesuje nas robota konsultantek Oriflame’u. Mimo wszystko, mnie nie bardzo, więc – tym bardziej, że tak wcześnie – mnie tam nie będzie.
No i – razem z naszymi rożkami – poszłyśmy dalej. Usiadłyśmy przy fontannie. J. co i rusz odwracała się troszeczkę i mówiła kto idzie; a ja spokojnie jadłam.
W pewnym momencie coś mi przed oczami jakby ‚zamigotało’. Przestraszyłam się i odsunęłam od tego czegoś, co wylądowało u moich stóp.
Wróbel.
Prosił się, drań, o jedzenie, więc J. poczęstowała go wafelkiem z rożka. Wróbel złapał kawałek i, zadowolony, zwiał/odfrunął. Po chwili wrócił, i tym razem otrzymał ode mnie kilka porcji, a później podskoczył i ‚usiadł’ na naszą ‚ławeczkę’, tuż obok mnie. Otrzymawszy kilka kolejnych kawałków, wróbel chyba się nasycił i znowu odfrunął. Tym razem ‚na zawsze’.

Następni panowie dopadli nas – biedne zmęczone dziewczynki, które ledwo co wyszły z Empiku – tuż obok Feniksu. Tym razem chodziło o jakiś datek dla Domu Dziecka, czy jakiejś fundacji. J. dała się wciągnąć w grę pt. „nie masz kasy, to powiedz, jaki mam kolor oczu”. Przegrała, więc dała gościom ileś-tam groszy. Przy okazji dowiedziała się – który to już raz? – że ma ładne oczy.

Po odejściu od tych panów zagroziłam, że następnym razem będę bić moją – jakże głęboką w swej treści! – ‚gazetką’ Empik News. Chyba podziałało, bo już nikt więcej nas nie zaczepił :-)

*

„Czasami naprawdę nie lubię być dziewczyną.
Analizować, użerać się, zastanawiać się ‚muszę’ nad tym wszystkim; co co znaczy, studiować czyjeś zachowanie, spróbować zorientować się – dzięki uzyskanym (nikłym) wiadomościom – o co chodzi, co może być i jak jest.
To irytujące.”

Otóż to.

Wczoraj – jakże wyspana! – wstałam wczesnym przedpołudniem* z zamiarem pójścia do dentysty. Pogoda dopisała**, więc razem z Woytasem po pięciu minutach dotarliśmy do odpowiedniego budynku przemoczeni do suchej nitki. W poczekalni czekała na nas dentystka, a cały personel na nasz widok się roześmiał – nic dziwnego – wyglądaliśmy jak w Poniedziałek Wielkanocny wyglądać się powinno.
Wizyta przebiegła szybko – jeśli wizyty potrafią biegać – etc. etc. niepotrzebnego pisania.
Chciałam tylko zwrócić tu komuś – wszystkim, którym chce się to czytać – uwagę na bzdury napisane powyżej. Radziłabym się zastanowić też nad tym, czy zawsze piszę równie ad rem i z sensem.

* ósma rano
** burza, lało jak z cebra

*

Zasłuchuję się w piosenkach sprzed kilku (może i więcej?) lat. Mogę posłuchać m.in.
* Gawliński Nie stało się nic
* Varius Manx Tokyo
* Roxette It must have been love
* DeSu Życie cudem jest
* The Cure Friday I’m in love
* Marek Grechuta Nie dokazuj

Aaach.. a propos Roxette to mi się przypomniało, jak Leszek – jeszcze w Szczecinie – miał pokój w ich plakatach… Tj. nie tylko ich, była tam jeszcze zdaje się Metallica, Aerosmith (?) – i takie tego typu. W każdym razie, tego słuchał.
Kiedyś muzyka była lepsza.

Możnaby pomyśleć, że my to tak co i rusz łazimy do kina. A to nieprawda.
Chodzimy tylko na największe hity-kity! ;)
Także dzisiaj na ogień poszedł „Shrek2″.
Myślę, że każdy wie, o czym była pierwsza część, a treści drugiej zdradzać nie będę – bo można sobie o tym poczytać na pierwszej lepszej stronie o filmach.

No tak. Niby wiedziałyśmy, że film jest bardzo oblegany etc. – ale TAKIE kolejki, jakie były dzisiaj o 4pm to naprawdę – jakby mięso rzucili do pierwszego lepszego sklepu 20 lat temu!!
Gdy dotarłyśmy na sam początek kolejki nagle się okazało, że kobieta akurat teraz kończy pracę. No cool normalnie. Powarkując na babsko, polazłyśmy do innej kasy. Dodatkowo do biletów dostałyśmy maski z Osłem :-)
Film był super-ekstra-mega-wypas-i-w-ogóle-czad-że-ach-ech.
Cała sala rżała (ze śmiechu) z nami – a my oczywiście najgłośniej :) Tak to jest – puścić cztery Zryte Nastki do kina.

Idąc do Rynku, każda założyła maskę Osła i poprosiłyśmy jakiegoś faceta, żeby nam zrobił zdjęcie – Ban, ja chcę odbitkę! ;)

Jadąc „K” przez Plac Dominikański zauważyłam na słupie ogłoszeniowym plakat z napisem JOANNA TI AMO!!
Ja cie też – whoever you are ;)

Wyjście zaliczone, film również. Super.
A jutro jadę na krótki wypoczynek na południe od Wrocka, do rodzinki.
Wrócę w czwartek wieczorem.
Sayonara.

Niedługo zacznie się czwarty miesiąc.
Bosko, o tym marzyłam normalnie.
Cool.
Gr.

*

(całkiem inna beczka)
Co w moim pokoju mogą robić osoby, które najczęściej mnie odwiedzają?
Taka na przykład J. przychodzi do mnie z jakimś problemem.
Oczywiście, nie zaczyna mówić od razu. Wchodzi do mojego pokoju, siada przy biurku. Po chwili wstaje i idzie do lustra. Bierze błyszczyk, tusz, zalotkę (w dowolnej kolejności) i się maluje.
Ja w tym czasie leżę na łóżku i doczytuję jakąś książkę.
Gdy J. skończy się malować, z powrotem siada przy biurku. Sięga po jakąś książkę albo po flamaster i karteczkę, a następnie coś tam wypisuje.
Ja dalej czytam książkę, choć już zaczynam myśleć, co tym razem…? Ale o nic nie pytam. Wiem, że jak będzie chciała powiedzieć, to i tak powie. Nie ma co ją do tego zmuszać.
Po chwili J. zaczyna gadać – oczywiście.

A. z kolei, przy kosmetykach nie stoi długo. Zajmuje się radiem, książkami i przy fajniejszym kawałku zaczyna tańczyć, czasami i śpiewać.
M. albo łazi w kółko po pokoju, albo siedzi/stoi i coś tam gada.
Oczywiście, jeśli są u mnie wszystkie trzy, znaczy to, że zaraz gdzieś wyjdziemy – zatem ja w tym czasie przygotowuję się do wyjścia.

*

‚Pozostałe wiadomości’
1. Skończyłam „Nigdy w życiu!”. Teraz czas – po raz drugi; dla refresh pamięci – na „Diupę”.
2. Woytas bawi się w ‚małego Jaszka’ – ta saletra wygląda jak amfetamina. Faaaajnie, mam w domu prochy! Jupiii!! Może się naćpam. A co, raz trzeba!
3. Kupiłam sobie kadzidełka. W czwartek różane, wczoraj – waniliowe.
Tylko nie mam kiedy zapalić – Woytas i mumia drą się, że śmierdzi i w ogóle.
Pfi, nie znają się!
4. Mumia ogląda „Na Wspólnej”. Boże, nawet ona się stacza… ;P
5. Nadal robię nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic.
Zaczyna mi się to podobać.

Nie wiedzieć czemu, buźki na paznokciach trzymają się dzielnie. I tak już się przyzwyczaiłam, więc mi to absolutnie zwischen. Cool.

Nasze oceny rozpoczęły działalność! Kto chce, niech się zgłasza – z tym, że ja ‚znajomych’ oceniać nie będę ;P

button.jpg

Tak właściwie, to nic mi się już nie chce. Byłam w bibliotece, wzięłam trzy książki (choć w domu jeszcze dwie na mnie czekają) i… nic. Nie mam nawet ochoty czytać. Ani gotować, ani tym bardziej siedzieć przed kompem, ani w ogóle nic. Mogłabym chcieć jedną rzecz… ale to coś typu wyprawa na Księżyc, więc tą ‚propozycję’ skreślam i pozostaje nic.
Chociaż… właściwie to nic też można robić, co?
Albo pogram w simsy. O. Może być.

(czasami trzeba napisać coś bez sensu)


  • RSS