joaa.

no hidden catch, no strings attached. just words.

„Po koleżeńsku…”

„Ja tak do kolegów nie piszę.”

 

Minął już jakiś miesiąc od tej rozmowy i muszę przyznać, że jest mi lżej. Bo wiem.

Normalności jednak nie ma. Normalnością było szukanie pretekstów do interakcji z nim. Ale to było mi po coś. A teraz? Po co? Nie unikam, ale raczej nie inicjuję. Tym bardziej teraz widzę asymetrię. Asymetrię relacji między nim a mną oraz asymetrię relacji ja-on a on-ona.

pms talking: no tak, kto szuka kontaktu z nabzdyczoną smutaską, kiedy tak łatwo rozmawiać, pogadać z happy i easy-going?

z litości już pomijam aparycję.

Może i jest tak, że TAM też jest „po koleżeńsku”. Może. Może i mają ze sobą dużo więcej wspólnego niż którekolwiek z nich ze mną. Może. Może nie ciśnie mnie tak bardzo, bo wiem, że mamy zupełnie inne cele w życiu i poglądy w wielu sprawach jednak też. I to tak zaporowo. Może.

Tylko naprawdę mi przykro, że cięcie odbyło się z tak chirurgiczną precyzją, tak bardzo na zero.

Mogliśmy to oboje poczuć wczoraj, kiedy był bardzo zaskoczony tym, że na ten moment nie idę na dół, nie będę z nim współpracować. Kiedy tydzień temu został przyłapany na tym, że je urodzinowe ciasto, które upiekłam, a nie wie, z jakiej okazji.

I trochę przykro, kiedy widzę, że tamta relacja wciąż kwitnie.

Why can’t I have it all?

…i uwierzę, że już nic mnie nie czeka.

Mam dość bycia lekceważoną. Niewidzialną. Ignorowaną. Taken for granted.

Chcę być potrzebna. Poszukiwana.

 

Od jakiegoś czasu szukam w sobie i dookoła siebie czegoś, co ludzie mogliby ode mnie potrzebować, po co by mnie szukali. Na razie bezskutecznie, ale może jeszcze się znajdzie.

 

No i co, że zatrzyma się, włoży głowę przez szparę w drzwiach właściwie tylko po to, żeby się ze mną przywitać. A ta dzisiejsza akcja z pieniędzmi na kino to co? Co to, kurwa, za pamięć złotej rybki? Naprawdę niczego jednak ode mnie nie chcesz? Kurwa, no przecież praktycznie już jestem Twoja. Musisz tylko wziąć… Nie chcesz?

Boję się, że czekam na coś, co nigdy nie nastąpi. W końcu od tak dawna czekam, tyle razy próbuję, a postępów brak.

Czuję się jak trędowata, nikt mnie nawet nie chce dotknąć…

 

 

Gapi się na mnie, jakby chciał zjeść. Ale nie mi zostawia post-it, nie ja dostaję maile, sam do mnie nie pisze.

Przez dwa tygodnie urlopu S wytrwale wypracowywałam sobie my way up the ladder. I to nieraz mimo niesprzyjających okoliczności – jak choćby ta akcja z przeprowadzką. Na trzeci dzień odpuściłam sobie, bo szkoda czasu.

A więc przypomniałam o zemście i myślę, że wykorzystałam ją całkiem nieźle, nie po prostu oblewając go wodą, a zaczynając od „masażu” kostką lodu po karku, a dopiero później wylewając mu za kołnierz.

Przy jakichś fajkach czarowałam i dawałam się czarować.

I wiecie co?

Przychodził. Praktycznie codziennie „coś” go wabiło do naszego pokoju na choćby krótką pogawędkę, najczęściej oczywiście z podtekstami.

W ostatni gorący piątek M chciała coś do jedzenia, ja miałam ochotę na lody, a potem mignęło mi w głowie, że może ja też jeszcze coś bym zjadła przed ślubem P, więc zapytałam czy mogę z nim pojechać. No i pojechaliśmy. Nie było to może najwspanialsze pół godziny naszego życia, ale spędziliśmy je sami… I znowu podteksty, i znowu propozycje, i przyznałam się do „strasznej chcicy ostatnio”, i znowu, znowu, znowu. Tak, Słoneczko, mam na Ciebie ochotę, ale nie będziemy się pieprzyć w magazynie ani w toalecie. Na pewno nie za pierwszym razem. Bo kurwa nie.

Wróciliśmy, chwilę popracowałam, i póki jeszcze E nie zabrała mi się za tworzenie fryzury na ślub, a już nie było części osób w biurze, poszłam do niego z kubkiem wody i pytaniem, czy idzie na dwór. ‚Tak, ale bez lania, bo po jedzeniu jest i…’ No dobra, no to fajka. Ale fajki zostawiłam u KaCie, która natychmiast zebrała się ze mną i obie już dołączyłyśmy do Sz na dole.

Fragment konwersacji:

Sz: dziewczyny, daleko jest do Białegostoku?

my: no, daleko

ja: a na chuj masz jechać do Białegostoku?

Sz: no właśnie, na chuj (uśmiech)

ja: o Ty! to mnie bajerujesz, a sobie do Białegostoku chcesz jechać? nie zgadzam się na to!

Chwilę później

Sz: ej, dziewczyny, zróbmy sobie trójkąt, zerżnijmy się!

Ka.Cie: no, zrobimy, ja, joaa i S, świetny pomysł!

(po chwili Sz uciekł do środka)

I muszę przyznać, że strasznie mnie to zirytowało. Tak, S wraca lada moment, jestem tego świadoma, wszyscy jesteśmy. Ale ja, kuźwa, tak ciężko pracowałam przez ten jej urlop, żeby cokolwiek ruszyć do przodu! I był postęp! W innej rozmowie, chyba czwartkowej, na fajce była mowa o hipotetycznej „blondynce” dla niego na przyszłość, a on na tą wizję odpowiedział, z lekkim smutkiem, ale ‚a na co mi blondynka..?’. I weźcie powiedzcie, że to nie jest postęp.

 

Ale we wtorek skończyło się rumakowanie. S wróciła, otrzymała od niego powitalną kartkę „witaj, S :)”, a mnie wróciła paranoja. Co będzie po moim urlopie? Czy w ogóle będzie co zbierać? Czy może jeszcze jest coś, jakaś maleńka szansa?

Ostatecznie w tym tygodniu też było dosłownie kilka spraw. W środę miałam lekki makijaż i czerwone usta. Usiadłyśmy z E na dworze, by obgadać pewną kwestię, dołączają do nas Ka.Cie, A i Sz. Niemal mu mowę odjęło. A jak już wróciło, to miał tylko bardzo, bardzo seksowne skojarzenia. Cóż, taki miał być efekt. Prosto i z klasą, ale seksownie w uj. Przy okazji zaznaczył, że ma wolny weekend i ‚kto go przygarnie?’, więc zgłosiłam się na ochotnika i po króciutkim omówieniu wizji… oczywiście spełzło na niczym. Tak, dzisiaj też poczynił pewne aluzje, ale to okrutne, robić mi to przed weekendem. Zwłaszcza dziś, i po takim tygodniu (wieczne niewyspanie, mikrokontuzja, gorszy humor przez powrót do rzeczywistości związany z powrotem S). Zwłaszcza, że jakąś godzinę później widzę, że wyciąga na dwór S (z J). Zwłaszcza, gdy patrzę dookoła, a tam „wszyscy” uśmiechnięci, przyklejeni do telefonu.

Podczas gdy mi teraz telefon służy naprawdę głównie do słuchania muzyki.

A ostatni taki uśmiech widział tydzień temu, gdy wysłałam Sz zdjęcie w wersji ogarnięto-ślubnej i na pytanie, co jest pod sukienką, odpisałam ‚trzeba było sprawdzić :)’, a od niego dostałam ‚:)’

I cóż z tego, skoro dobrze wiem, że naprawdę nie ma się co łudzić, bo gdy tylko złapie zwierzynę i ją rozszarpie (tak, chodzi o mnie), straci zainteresowanie? A ja znowu zostanę standardowo. Sama.

Potrzebuję to zamknąć, więc piszę.

Nie mogłam dziś spać – ta ma zwyczaj ogłuszania się na słuchawkach oraz chrapania – więc od czwartej jestem właściwie na nogach, a o szóstej odbiłam się w pracy. „No to czemu nie mogłaś spać?” „K idzie dziś z D na rower! >>z D!<<”, czyli paranoiczne obniżenia self-esteem, bom przekonana, że D=Sz, który wedle jego własnych słów wybierał się dziś na rower z koleżanką.

Paranoja, nie?

Ale mocno pogłębiona przeglądem faktów:

1) mija trzeci tydzień, kiedy podejmujemy próbę spełnienia propozycji z kawalerskiego, i wciąż jesteśmy na liście oczekujących (priorytet zero)

2) K dosłownie w poniedziałek pochwaliła się prezentem od swojego D (choć Sz mogła go zaprezentować mmsowo, na co on, maniak, mógł się zapalić i zaproponować przejażdżkę)

3) po piątkowym imprezowaniu odkryłam, że jak ja jestem zazdrosna o K (w uuuuuuuj!), tak ona jest zazdrosna o mnie (huh.). I pomimo powierzchownej „słitaśności” relacja może gnić, a więc i jedna drugą sabotować (jakby nie patrzeć, pchałam ją kiedyś w jego stronę – żeby sprawdzić czy pójdzie, no i mieć spokój – potem się uspokoiliśmy wszyscy, a tydzień temu pytałam, czy między nią a D się poprawiło – to mówiła, że właściwie to nic się nie zmieniło. Ale jakoś z tego nie wychodzi…)

Więc – jest K, którą on uwielbia, bo przecież piękna, fajna i w ogóle (nie zaprzeczam, bo pomijając całą TĄ sytuację, naprawdę ją lubię – choć nie jestem pewna, czy jednak nie najbardziej na zasadzie frenemy), a przede wszystkim ZAJĘTA. Ale niezupełnie szczęśliwa, wciąż chciałaby atencji (skądś to znamy?), a ten ją jej zapewnia. Ona ma z tego ego boost, on… też. Ale czy jest to lek na bolączki obojga? No nie jestem pewna.

Albowiem – tu powrócę do weekendu, który minął i muszę go kurwa zamknąć.

Kawalerski P. Od piątku po pracy do niedzieli – dla mnie do popołudnia, dla innych do wieczora czy nocy (absolutny finisz u Sz).

Właściwie od momentu, kiedy przyjechaliśmy do S., ogarnęliśmy chatkę, pierwsze-drugie drinki i zostało rozpalone ognisko/grill, Sz zaczęło znosić w moją stronę. Przyjęłam to jako komplement i gdzieś może faktycznie jako próbę zaufania, czy nawiązania kontaktu, bo bądź co bądź znamy się mocno słabo. Więc pilnował, bym miała co pić, co jeść (God dammit, kiedy przykaprysiłam, że tak naprawdę to zjadłabym kiełbaskę z ogniska, niemal momentalnie wstał i zabrał mnie na poszukiwanie patyka, a następnie go profesjonalnie wystrugał i kiełbaskę upiekł; nieco później przyniósł mi parę poziomek), gadaliśmy trochę o jakichś treningach/ćwiczeniach, pozwoliłam zmacać mój ledwo wykształcony, ale obecny, mięsień czworogłowy, za co ja mogłam dotknąć jego gluteus maximus. Innymi słowy – chłopak naprawdę dotrzymywał mi towarzystwa, a ja z tego korzystałam, klasycznie flirtując. Dostałam także pod opiekę jego „wiesz, jaki on był drogi?” zegarek („daj spokój, to nieistotne, ważne, że go lubisz, nie?”), żeby nic się z nim po pijaku nie stało (talking ’bout trust?).

Przyjechała K, co zachwiało równowagę sił… ale tego się spodziewałam. Jednak nie było tak źle.

Zmogło mnie tak szybko, jak ostatnimi czasy, a jako że nie miałam dość ciepłych rzeczy ze sobą, a byłam też wtedy świeżo po antybiotyku, to zwinęłam się do domku, zostawiając imprezę samej sobie, a dołączając do Ka.Cie. Świeżo wyprana i ogrzana położyłam się obok niej i gadałyśmy, kiedy wpadła ekipa trojga (w składzie K, Sz i P), którzy to bardzobardzobardzo koniecznie chcieli nas sprowadzić z powrotem na dół. Na widok Sz zaczęłam się śmiać, bo oboje mieliśmy na sobie (w ramach piżamy) koszulki z logo Supermana. Nic, ale wciąż zabawny zbieg okoliczności.

Ściągnąć się nie dałyśmy, ale gdzieś tam później Ka.Cie przepadła, a Sz i P znowu wpadli, tym razem już bez asystentki i wzięli mnie za ręce i nogi, i dopiero po wytłumaczeniu im, że – halo! – jestem świeżutko po chorobie, odpuścili.

Następny dzień zaczął się w babskim składzie, dopiero po dłuuuuższym czasie dołączyli do nas panowie i zaczęło się ogarnianie śniadania (A robił jajecznicę na kuchence, na której nawet czajnik gotował się pół godziny – wytrwały!). Sz zaczął dzień od komplementowania moich piersi, a potem przy rozmowie o tatuażach naszkicował mi palcami na plecach coś, co mu się podoba. Jako jedyny też zwrócił uwagę na to, że opuszczając domek miło byłoby się pożegnać z właścicielem i podziękować za gościnę, co oczywiście zrobił.

W drodze do drugiego domku zapytał, czy nie chciałabym mieć drugiego kochanka. Żartując, że nie wiem, czy dałabym radę mieć dwóch, myślę, że ładnie nie-odpowiedziałam. A potem kontynuował odę do moich piersi. Znalazł apteczkę i uznał, że bardzo się im przydadzą plasterki. Okazja dobra, jak każda inna, więc nie protestowałam wcale, kiedy je naklejał i lekko dociskał (w tym samym czasie A i Ł grzebali w mojej kosmetyczce, oczywiście standardowo komentując podpaski i tampony – nawet tego nie komentowałam; raz, że byłam baaaardzo zajęta, a dwa, że jak na żonatych facetów, to byli zabawnie zajęci „odkryciem”, więc zbyłam ich pobłażliwym uśmiechem).

Po przyjeździe do drugiego domku, odjeździe K oraz zorientowaniu się, że w domku obok trwa właśnie panieński mojej koleżanki z podstawówki (tak zajebiste towarzystwo, że nawet nie podeszłam się przywitać), the game continued. Siedziałam z Sz na dworze, pijąc i paląc (przepaliłam w ten weekend – 3 dni! – ponad paczkę…) oraz rozmawiając i flirtując. („Asia, jakie ty masz długie rzęsy!”, co Ł skomentował, słusznie zresztą, że bullshit, bo nawet on, Ł, ma dłuższe :D ). Potem coś o filmach. Pokazuję mu teledysk Hasselhoffa do Kung Fury, reklamując oczywiście film jako najlepsze, co świat spotkało i gorąco namawiam na obejrzenie. Nie jest pewien, ale proponuje wspólne oglądanie tego i jakiegoś innego filmu. Oczywiście, że się zgadzam.

Kiedy słoneczko zaczęło w końcu wychodzić zza chmur, zniknęłam w środku, proponując Ka.Cie przebranie się w stroje kąpielowe i wypalenie chłopakom oczu ^^ Wyszłyśmy, rozłożyłyśmy się na kamieniu, po chwili dołączyli do nas chłopcy, którym o mało gały nie wypadły… A Sz to już w ogóle jak zaczarowany. Półleżałyśmy rozbawione na maksa, więc kiedy zapytał, czy mógłby nas trochę oblać wodą, nie miałyśmy oporów (co tam, niech chłopaki mają miłe wspomnienia!). Oblał nas dość mocno (choć raczej nie po włosach, co się chwali), tak że ja, niedysponowana i ledwo zdrowa zaczęłam się lekko zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł. Ale za dobrze się do tego bawiłam (i słusznie, bo nic mi nie było). A słysząc non stop, jakie to mam kapitalne cycki… to już w ogóle w to mi graj. Położyłam się znowu, ten usiadł obok i coś do mnie gadał (już nie pamiętam, co). Zaczął mi grzebać pod pachą – mówię, „co, odrastają już?” „nie, kłaczki po sweterku miałaś” (ale odrastały, to fakt). Później ja też próbowałam go oblać, ale uciekał. Jednak coś mu się włosy inaczej ułożyły i powiedział, że musi je zmoczyć, więc poszliśmy do łazienki, gdzie tak wymanewrował panelem od prysznica, że oczywiście mokra znowu byłam ja (i teraz widzę, że była to megawspaniała sytuacja, którą należało było wykorzystać, czyli zamknąć drzwi i wejść w tym stroju pod ten prysznic… i… pozwolić mojej wyobraźni działać to zły pomysł).

A. My z Ka.Cie miałyśmy w ogóle w tym drugim domku pokój i łóżko upatrzone. Oczywiście sprowadziłam tam „głodnego” Sz, słowami niczego nie obiecując, żeby zostawił swoje rzeczy (bo Ka.Cie przecież zawsze mogło wywiać…). Parę razy zresztą sami tam byliśmy (a to po cążki do paznokci – miał! tak mi były potrzebne! – a to po wazelinę, bo mu usta pierzchły – tak się oblizywał, że nic dziwnego ;) – którą zresztą porządnie – czyli delikatnie, a nie po męsku – to ja mu musiałam zaaplikować), ale poza jednym uściskiem, z mojej zresztą inicjatywy, nie było nic. I w sumie to i lepiej.

Rozmawialiśmy także o tym, co już wcześniej Ka.Cie mi mówiła, że on wraca po pracy do domu i mu pusto i źle. Ja na to, leciutko zirytowanym tonem, że a jak on myśli, że to u mnie wygląda? Też powrót, zakupy i przed kompa w seriale albo ewentualny trening i spać. Na co usłyszałam piękne, że moglibyśmy te nasze samotności połączyć. Co mnie tak zaskoczyło, że gdzieś bardzo cicho wydusiłam z siebie „tak, moglibyśmy”.

A potem impreza trwała. Chłopaki porobili się, i to mocno, ja dostałam do opieki tym razem telefon Sz. Znowu trochę mnie zmogło, więc polazłam z Ka.Cie, żeby mnie uśpiła. Zastanawiałyśmy się, co by było, gdyby zabrakło nam fajek albo alkoholu, czy mamy w ogóle w osiągalnej okolicy jakiś sklep. A że jedynym telefonem pod ręką był jego telefon, spróbowałyśmy włamu. No i mnie się udało (jakoś wiedziałam, co wpisać). Ale ostatecznie nic w nim nie grzebałyśmy, szybko go odłożyłyśmy, a ja w końcu się zdrzemnęłam. Jak znów otworzyłam oczy wiedziałam, że chociaż tego nie mogę przepuścić i puściłam do siebie strzałkę.

Zeszłam na dół, impreza zdążyła się przenieść na feralny panieński. Ka.Cie była chwilowo zajęta, więc siedziałam z kolegami P i próbowałam nie zanudzić się na śmierć. Podłączyłam swój telefon do ładowarki i piłam, a następnie gadałam z co i rusz wyrzucanymi z panieńskiego chłopakami. Zajrzałam na telefon – połączenie nieodebrane. Sz. Żesz urwał, sprawdził rejestr?! Wiedział, że zrobię, co zrobiłam czy to naprawdę czysty przypadek? Postanowiłam w razie czego rżnąć głupa i oddzwoniłam, ale nie odebrał. No ok, to zajęty „panieńskimi”, uj.

Im dalej w las, tym pomór postępował. Staliśmy we troje na fajce, gdy Sz, pijany już, że aż widać, złapał ją za piersi. W odpowiedzi liść. On się wkurwił i zaczął gadać. Nastąpiło pozorne porozumienie i przepadł znowu obok. Zaczęło się robić chłodno, więc schowałam się już w domku, uraczona herbatką, a potem zawinęłam do wanny. Ledwo wyszłam, spotkałam na schodach Sz z „gdzie mój telefon? pomóż mi znaleźć” na ustach. No to jazda, telefon w rękę, kocyk na siebie (tak, świeżo po kąpieli nie chce człowiek ryzykować), pytanie „twój numer to ten 785…?” i szukamy. Oczywiście zostawił go przy domku panieńskim, na szczęście obok Ł, więc w sumie w bezpiecznym miejscu. Mówię, że skoro mission accomplished, to ja wracam. Poszedł za mną i „stój tu, wrócę za minutę”. No dobra. Minuta, dwie. Pierdolę, bo słyszę śmiechy z panieńskiego i idę spać.

Rano zadecydowałyśmy, że idziemy szukać tego sklepu. Ja akurat ze świeżo umytymi włosami, bez makijażu – i uj, przecież nie muszę. Miało być dyskretnie, ale stoimy przy drzwiach, ten zszedł akurat z góry, to pytam (Troskliwa Tereska), czy coś chce. Pytałam cicho, ale na to zerwała się reszta, a gdzie idziemy i czy kupimy im jeszcze wódki. Ja dostałam tylko zamówienie na fajki. Poszłyśmy, wróciłyśmy, zaczęłyśmy się krzątać, żeby też coś sobie zjeść, chłopaki chlali dalej. Sz poprosił znowu o wazelinkę, poszłam pod warunkiem, że mi dokończy tworzenie kanapki. Później znowu fajka z Ka.Cie, podchodzi Sz, Ka.Cie wychodzi. Sz pyta, czy to przypadek, czy celowe. Mówię, że celowe i że dalej zła o wczoraj. Zaczyna się tłumaczyć. Zapytana, mówię, że postąpiłabym tak samo i tłumaczę, dlaczego. Przyjmuje do wiadomości, miłe. Następują przeprosiny, srututututu.

Wyjeżdżamy. K porobił się od rana tak, że zasnął w toalecie. P się odcina, Sz i Ł ogarniają temat. Znowu dostaję zegarek. W końcu udaje nam się wyruszyć, Sz podtrzymuje K na tylnej kanapie, my z Ka.Cie i A na środkowej, z przodu Ł, jakiś kolega P i prowadzący P. Zapierniczamy, żeby tylko odstawić żywego, ale jak na moje oko nieco już sinego K do domu. Sz non stop mnie zaczepia. Po wielu wielu trudach odstawiamy K, chłopaki wnoszą go do domu, jedziemy więc na Bielany do Burger Kinga. Sz prosi o zwrot zegarka, wystawiam więc rękę w jego stronę i czuję pocałunek w dłoń. Niespodziewane. Jemy, jedziemy na bazę. Siedzimy we dwie z Ka.Cie, czując gorzki koniec weekendu. Przepakowujemy się do samochodu Sz. Ka.Cie odwozi najpierw mnie, bo tylko ja, pomimo tysiąca prób, odmawiam namowom na przyjazd na after. Się żegnamy się, wracam na chatę.

No.

Dwa tygodnie później we wtorek idziemy z K na chwilę na dół odpocząć od duchoty biura. Wychodząc ze skrzydła napotykamy P, który zupełnie niepotrzebnie przytrzymuje nam drzwi do nich, ale decydujemy się wziąć wodę, więc faktycznie wchodzimy na moment, miga nam gdzieś też Sz. Schodzimy, siedzimy i odpoczywamy. Dołącza Sz, również z wodą, gadamy. I zaczyna nas tą wodą pstrykać. Zrywamy się na nogi, ucieka. Podobno na górę wrócił taki zadowolony, że aż nie-pamiętam-kto pytał, co mu zrobiłyśmy. Oczywiście musiałam przeprowadzić kontynuację i podesłałam do K i Sz maila z informacją, że zemsta nadejdzie i temat chwilę pociągnęliśmy.

Na piątek K nas namawia na babską imprezę. Zanim Ka.Cie dojechała, zdążyłyśmy zrobić przekąski. Rzucam żartem, że powinnyśmy wrzucić to na insta (żadna z nas nie ma) albo w ogóle przesłać chłopakom, żeby nam zazdrościli (i tak wcześniej Sz prosił o jakieś fotki składu). K się zapaliła, robimy fotki. „to ja mam numer do P, prześlę mu! a ty?” „ja mam tylko numer Sz…”, się wkopałam. Bo o ile mms wywołał odpowiedź i krótką rozmowę, o tyle K poprosiła mnie o numer Sz… a ja nie miałam kuhwa powodu, żeby jej odmówić (bo dobrze wiedziałam, że argument typu „mógłby sobie tego nie życzyć” tutaj absolutnie nie ma racji bytu). No i oni też sobie smsowali cały wieczór. Nie zwracałam uwagi na częstotliwość, bo po uj się katować. Ale muszę przyznać, że jak w końcu wyszłyśmy na kluby potańcować, to miałam wręcz niemożliwą skuteczność – pierwszy klub, po jednym tańcu już miałam partnera; drugi klub był beznadziejny i muzyka też nie do tańca; w trzecim znowu – chwila tańca i już podbija koleś, tańczymy, gadamy, chce mój numer, standardowo biorę, nie zostawiam, w końcu się wymiguję i uciekam. Siadam do stolika, Ka.Cie chce iść zapalić, idzie, chwilę później przysiada się do mnie kolejny chłopak, idziemy tańczyć i znowu się wymiksowuję. K przygruchała sobie „tylko” jakiegoś, którego nie potrafiła spławić, więc zrobiłam to za nią, radośnie wykorzystując okoliczności.

Na drugi dzień koło 10 dostaję smsa „jak było?”. Niemal skaczę z radości, bo to bardzo dobra wiadomość. Ogarniam się, odpisuję, znowu krótka rozmowa, ale chłopak zajęty, to nie „rozpraszam”. W niedzielę nawiązuję do rozmowy, ale zostaję w gruncie rzeczy spławiona.

 

Dodając do tego ten cały „rower”, mam totalny mętlik. I nie chce mi się. Po cholerę znowu się bić? Może i jest o co, ale czy to na pewno dla mnie jest to coś?

Już nie wspomnę o tym, że na pewno nie pomaga mi w tym wszystkim M, która nie omieszka rzucać lekkich uwag nawiązujących do tego, że mnie i Sz może coś łączy. Widzi, że się do niego mizdrzę i że facet na to reaguje… no ale.

 

Było Vegas. Było fajnie. Próba przedłużenia tematu ewidentnie nie idzie. Is it time to abort the mission?

Wreszcie, po miesiącach utyskiwań i tygodniach rozważań, ściągnęłam appkę do „poznawania ludzi”.

Mam ją od tygodnia, jakoś idzie, było nawet jedno spotkanie.

Zorientowałam się, że jednak bardzo jestem zamknięta na niektóre rzeczy. Bardzo rozważna. Rzadko szalona i wolna.

Z jednej strony libido mi wraca (yay!) i byłoby wspaniale wykorzystać fakt, że jestem sama w domu… jakiś tam chętny do towarzystwa jest. Jednorazówka, no bo jak.

Z drugiej, już czuję się w obowiązku bycia lojalną wobec tego już spotkanego. Nie mam większych złudzeń co do jego intencji, niemniej jednak – on „musiał” najpierw mnie spotkać i pogadać, nie? A tamtemu to bym tak od razu? WTF?

 

Serio? To nawet już seks bez zobowiązań i poczucia powinności jest poza moją strefą?

Przecież i tak nikogo nie obchodzi to, czy to robię, z kim, i jak dobrze go znam.

To moja sprawa, nie?

Ale czy ja na pewno dobrze bym się z tym czuła?

 

 

 

 

 

 

 

Przypadkowe nie-spotkania.

Ja w towarzystwie, druga strona też w towarzystwie (w dodatku takim, które ma szansę wiedzieć, kim jestem, a raczej byłam).

Siedziałam bezczynnie, przygwożdżona „greckością” sytuacji.

A tu nawet pomachać i się uśmiechnąć nie miałam okazji (bez kontaktu wzrokowego nidyrydy).

I co? To znaczy, że mam wyjebane? Że nie?

It’s good to see you’re having a good time. It’s really comforting.

Czuję się oszukana.

Okej, nie staję na głowie, żeby wszyscy mnie polubili. Ale uśmiecham się do ludzi i lubię być lubiana albo przynajmniej, kiedy odczuwam takąż sympatię, jaką człowieka darzę. Gdy łażę po biurze i kogoś mijam, uśmiecham się, witam. I choć – prawdopodobnie – wiem kilka rzeczy na temat tej osoby, wciąż ma u mnie mój własny kredyt mojej własnej opinii i mojego własnego doświadczenia otwarty pod swoim imieniem i nazwiskiem.

I tego samego oczekuję. Doświadczenia, nie plotek, i otwartego konta pod moim nazwiskiem.

Tylko… co, kiedy nie znają mojego nazwiska?

O ile faktycznie udział brały osoby, z którymi nie spędzam czasu i może i są jakąś dość zamkniętą grupą, o tyle jest to w uj przykre. Ja ich znam wszystkich. I tego samego oczekuję.

Nie „a ciebie jakoś nie kojarzę, skąd ty jesteś?” mocno nietrzeźwego Krystiana na Wigilii.

Nie „kto to jest Joanna G??” grupy wyżej.

 

I znowu mały głos, że CAŁY tamten pokój nie wiedziałby.

Że o ile otrzymuję jakieś pomniejsze dowody sympatii(?), o tyle są one a. zagrywką w celu wbudzenia zazdrości, b. czystą uprzejmością, c. próbą wypełnienia przestrzeni. A przy całej reszcie jestem ledwie pyłkiem. Czy w ogóle należy mi się jakaś uwaga?

Nie kręć się, nie patrz, nie łaź.

Było nie zaczynać.

 

Jestem Holoubkiem z Pętli.

Tym razem Nowy Rok to dosłownie nowy początek.

Jaram się tymi tabletkami bardzo, bo faktycznie mogą być remedium, złotym środkiem i w ogóle „wszystkim”.

Liczę przede wszystkim na uspokojenie hormonów nie tylko na twarzy, ale też i w pozostałej części głowy. Kto wie, może to właśnie one są/były przyczyną wszystkiego? Jest to jakaś nadzieja, której się chwytam i ciekawam pierwszych efektów.


  • RSS